Rozdział
14
Przepadł (cz.1)
Chace
Chase
właśnie wyszedł z komisariatu z pudłem z książkami Malachi’ego, kiedy zadzwonił
jego telefon.
Wsunął
pudło, wyprostował się od SUV’a i chwycił telefon.
Na
wyświetlaczu pojawił się napis „Faye dzwoni”.
Nacisnął
guzik i przyłożył go do ucha.
„Mała”
„Poruszył palcami u rąk i nóg!” - pisnęła
mu do ucha.
Chace
opuścił głowę i uśmiechnął się do swoich butów.
Tego
ranka poszedł pobiegać, wrócił do domu, wyciągnął swoją dziewczynę z łóżka i
pod prysznic, a potem zabrał ją do La-La Land. Kupili śniadanie, podczas gdy
Faye opowiadała Sunny i Shambles’owi wszystko o Malachim. Zostawił ją na
chodniku przed La-La Land z pocałunkiem. Poszedł do swojego SUV’a i jechał na komisariat.
Poszła dwie przecznice do swojego mieszkania, żeby się przebrać, potem iść do
sklepu po smakołyki Malachi’ego i na koniec do szpitala.
Rozstał
się z nią nieco ponad dwie godziny temu. Po odprawie od chłopców, która zbiegła
się w czasie z dwoma, których miał poprzedniego dnia z Deckiem, poprosił
stażystów, aby zmodyfikowali swoje poszukiwania tak, aby obejmowały zaginione
rodzeństwo. Potem załatwił jakieś sprawy, a teraz był w drodze do szpitala,
żeby się zgłosić i zawieźć Malachi’emu jego książki.
Robił
to, bo dzieciak nie miał nic. Te książki i sposób, w jaki je zorganizował, coś
znaczyły.
Więc
Chace miał je do niego zabrać.
„Powiedzieli,
że zjadł całe śniadanie, mimo że musieli mu pomóc i nie spał przez cały ranek”
– powiedziała mu - „Jeszcze się nie odezwał, ale kiedy weszłam, uśmiechnął się do mnie”.
Powiedziała
to, jakby jej ulubiona gwiazda filmowa zeszła z czerwonego dywanu, podniosła ją
w ramiona, zaniosła do swojej limuzyny i pojechała z nią w stronę zachodu
słońca.
„Świetnie,
Słonko” - mruknął Chace.
„Przenoszą
go teraz do normalnego pokoju. Ale mówią, że zatrzymają go tylko na kolejny
dzień” - stwierdziła.
„Karena
spotyka się z twoimi rodzicami, gdy rozmawiamy, Faye”.
„Wiem,
mama dzwoniła i powiedziała, że dlatego ich tu nie ma. Czy wszystko pójdzie
dobrze?
„Tak”
„Jesteś
pewien?” - naciskała.
„Tak,
mała, ja…”
Przestał
mówić, bo poczuł paskudne mrowienie na karku. Ktoś był z nim. Niedobry.
Podniósł
głowę i zobaczył idącego w jego kierunku ojca.
Nie.
Gówno.
Kurwa.
Nie.
„Chace?”
- Faye zawołała, gdy Chace patrzył na swojego ojca, który patrzył na niego.
Odwrócił
się, podniósł rękę i uderzył tyłem o swój samochód, zapewniając ją - „Wszystko
będzie dobrze”.
„Wszystko
w porządku?”
Odczytała
jego nastrój natychmiast, nawet przez telefon. Zastanawiał się z
roztargnieniem, czy to było tak oczywiste, czy też tak daleko ją wpuścił, i
zdecydował, że to jedno i drugie.
„Tak”
- skłamał, przesuwając się z boku swojego SUV-a - „Jadę do ciebie teraz. Przyniosę
jego książki”.
„Nie
sądzę, żeby jeszcze mógł je trzymać”.
„Może
nie, ale będzie je chciał mieć”.
Milczała
przez sekundę, po czym usłyszał ciche, słodkie - „Tak”.
„Chace”
- usłyszał lakoniczny głos ojca, gdy otworzył drzwi.
„Muszę
iść” - mruknął Chace do telefonu.
„Och,
racja. Dobra, do zobaczenia wkrótce” - powiedziała mu do ucha Faye.
„Chace!”
- jego ojciec warknął.
„Kto
to?” - zapytała Faye.
„Nikt.
Muszę lecieć, Słonko” - wyszeptał, wskakując do kabiny - „Do zobaczenia
wkrótce”.
„Wkrótce”
- odszepnęła. Była niezdecydowana. Wiedziała, że kłamie, ponieważ ktoś wołał
jego imię. To było beznadziejne, ale szybko się rozłączył, próbując zamknąć
drzwi.
To
nie zadziałało, ponieważ Trane Keaton stał w nich zdecydowanie i mocno,
trzymając je otwarte.
Oczy
Chace’a powędrowały do ojca.
Na
ironię losu, życie uznało za stosowne, aby wyglądał jak jego ojciec. Tego samego
wzrostu. Ta sama postawa. Te same włosy. Te same oczy. Prawie nie było w nim
jego matki, mimo że była blondynką i niebieskimi oczami. Dostał to, co dostał
od ojca. Słyszał to od kumpli ojca, odkąd pamiętał.
Lustrzane odbicie, Trane.
Tak
więc Chace wiedział, że za trzydzieści lat będzie wyglądał jak jego ojciec.
Prosty,
szczupły, o mocnych rysach i ładnym wyglądzie, którym miał szczęście być
obdarzony, a który prawie nie wyblakł. Był typem mężczyzny, którego wygląd
poprawiał się z wiekiem, a potem, w miarę postępu, stawał się interesujący,
wciąż zachowując tę część przystojnego, silnego, witalnego.
Gdyby
Trane Keaton był innym mężczyzną, Chace wyglądałby tego i doceniałby, że jego
ojciec dał mu dobre geny.
Zamiast
tego przez całe życie bał się patrzeć w lustro, by nie wspominać swojego ojca.
„Nie
odpowiadasz na moje telefony” - oskarżył Trane twardym głosem i gniewną miną.
Był wkurzony, że musiał wyruszyć na wędrówkę z Aspen. Wkurzony, że syn nie wypełnił
jego poleceń. Wkurzony widząc Chace’a w dżinsach, koszuli, swetrze, kurtce i
butach z odznaką na pasku wsiadającego do w Yukona, podczas gdy powinien mieć
na sobie garnitur za pięć tysięcy dolarów i jeździć BMW.
„Nie,
nie odpowiadam” - potwierdził Chace, po czym rozkazał zimnym głosem - „Odsuń
się”.
„Muszę
porozmawiać z tobą na osobności i natychmiast”.
„Nie
łapiesz tego, tato, ale to się nie stanie.”
„Nie
rozumiesz tego, ale tak się nie stanie”.
Jezu,
miał trzydzieści pięć lat i mężczyzna poprawiał jego pieprzony angielski.
„Odsuń
się” - warknął Chace.
„Żyjesz
z wieśniakami, Chace, ale nie musisz brzmieć jak oni” – odpowiedział Trane z
wyższością i, pieprzyć to, ale Chace tego nienawidził, a Trane cały czas tak
mówił.
„Mam
coś do zrobienia, cofnij się”.
„Osobiście
obwiniam Jacoba Deckera. Powinienem był położyć kres spędzaniu z nim czasu,
kiedy obaj byliście w szkole. Twoja matka nie chciała o tym słyszeć. Teraz
słyszę, że wrócił”.
Ciało
Chace’a stało się twarde.
Chciał
coś udowodnić i to nie to co zwykle.
Deck
nienawidził taty Chace’a. Trane Keaton odwzajemniał to uczucie.
Deck
zdobył pełne stypendium w prywatnej szkole, do której uczęszczał Chace, ale nie
pochodził z rodziny z pieniędzmi. Jego ojciec był elektrykiem. Utalentowanym,
ale nie do zaakceptowania w życiu Keatonów z Aspen. Nie miało znaczenia, że
Deck miał IQ sto pięćdziesiąt, certyfikowany pieprzony geniusz. Nie był
wystarczająco dobry dla Chace’a. Kiedy Deck nie zajął się leczeniem raka ani
nie pomógł rządowi stworzyć broni ery kosmicznej, ale wykorzystał swój lepszy
rozum i wyższy intelekt, aby zrobić gówno, które było trochę cholernie przerażające,
Trane czuł, że to dowód na to, że przez cały czas miał rację.
Ale
nie o to chodziło Trane’owi.
Mówił
Chace’owi, że mają go na oku.
Nie
była to niespodzianka, ale irytująca. Deck na pewno potrafił o siebie zadbać.
Kiedy w mgnieniu oka możesz obliczyć swój wzrost, wagę, masę mięśniową, siłę
uderzenia, wycelować i przyłożyć, wiedząc dokładnie, jakie szkody wyrządzisz,
gdziekolwiek się połączysz, możesz poważnie kogoś spieprzyć . To nie było
teoretyczne. Kiedy byli razem w liceum i college’u, Chace widział to na własne
oczy. Jacob Decker nigdy nie został pokonany, nie tylko dlatego, że był
cholernie wysoki i naprawdę silny, ale dlatego, że był cholernie inteligentny.
Ale
jeśli Trane i jego banda dupków zniecierpliwią się, mogą wycelować w każdego,
kto przedstawi Chace’owi swój punkt widzenia.
Deck
był na linii ognia.
Zanotował
w pamięci, żeby zadzwonić do Decka w drodze do szpitala i powtórzył - „Odsuń
się”.
Oczy
Trane’a utkwiły w synu.
„A
jeśli nadal będziesz się spotykać z Faye Goodknight, twoja matka będzie chciała
się z nią spotkać”.
Trane
się wtedy cofnął. Stało się tak, ponieważ Chace wyskoczył z samochodu i nie
miał wyboru.
Ale
Trane nie wycofał się, po prostu dał mu miejsce, więc Chace niestety skończył z
nim nos w nos.
„Nie
będziesz oddychał jej powietrzem” - szepnął.
„Nigdy
się nie nauczysz, że noszenie serca na wierzchu nie jest korzystne” -
odpowiedział Trane, brzmiąc na zmartwionego, że Chace nie nauczył się jednej z
wielu bezużytecznych lekcji, które próbował mu wkuć, gdy był dzieckiem.
„Noś
to dla mamy. Każdy, kto chce się na mnie zaczepić, wie, że jestem takim
mężczyzną. Nie mam nic do ukrycia. Nie rozumiesz, że ten rodzaj mężczyzny jest
takim mężczyzną, jakim prawdziwy mężczyzna chce być, więc nie ma nic do ukrycia”.
„Niemądrym?”
- głos Trane’a był szyderczy.
„Opiekuńczym”
- Chace był stanowczy.
„Jeśli
oddasz to wszystko, Chace, nie będziesz musiał się bronić.”
„To
nie mnie zamierzam chronić”.
„Na
tym polega twoja błędna strategia”.
„Nie,
widzisz, ten rodzaj mężczyzny, jakim ty jesteś, poświęca swoją energię, by
ratować własny tyłek. Ten rodzaj mężczyzny, jakim ja jestem, nie musi się o to
martwić, a zamiast tego pracuje nad tym, aby chronić tych, którzy są warci jego
wysiłku. Więc wiadomość, którą wysyłam, brzmi: jak obchodzi mnie gówno dziejące
się z kimś, to nie zadzieraj z nimi lub będziesz pieprzył się ze mną”.
„A
Faye Goodknight jest warta tych wysiłków?”
Chace
nie odpowiedział.
Trane
przez chwilę nie odrywał oczu od swojego syna, po czym mruknął - „Przynajmniej
ma tytuł magistra”.
Sprawdzili
Faye.
Nie
było to całkowicie nieoczekiwane. To stało się wcześniej, niż się spodziewał.
To też było denerwujące.
„Faye
nie istnieje dla ciebie, a będzie istnieć dla mamy, kiedy ja tak zdecyduję” -
powiedział mu Chace.
„W
takim razie przepraszam, że cię jeszcze bardziej rozczarowałem, Chace, ponieważ
dziś rano podzieliłem się z twoją matką przy śniadaniu, że się z kimś
spotykasz. Pomyślałem, że to mądre, skoro dowiedziałem się, że wczoraj
wieczorem jadłeś kolację z jej rodzicami u Rosalindy”.
Chace
poczuł, jak mięsień na jego policzku podskakuje.
„Sprawy
toczą się szybko” - zauważył cicho Trane.
Chace
wytrzymał jego spojrzenie i zacisnął szczęki.
„Valerie
da temu czas. Nie będzie chciała na ciebie naciskać. Domyślam się, że masz
jakieś piętnaście minut, zanim zadzwoni, żeby zaprosić ciebie i Faye na kolację”.
Kurwa.
Kurwa.
„Jest
bardzo podekscytowana” - kontynuował Trane, po czym jego usta drgnęły i ten
kawałek gówna miał jaja by zakończyć - „Nigdy nie lubiła zbytnio Misty”.
Chace
miał dość - „Cofniesz się, czy będę musiał cię przejechać?”
„Nie
odbyliśmy naszej rozmowy”.
„Rozmowy,
której nie będziemy mieli. Dwie sekundy. Odsuń się albo przetoczę się po tobie”.
Trane
spojrzał mu w oczy.
Potem
zmienił się nieznacznie i wyszeptał - „Wiesz, że nie podobało mi się, że tobie
się to przytrafiło. Musisz też wiedzieć, że nie chciałem, żebyś zobaczył to, co
zobaczyłeś”.
„Stało
się. Widziałem to. Za wszystkie twoje pieniądze, nie możesz tego cofnąć”.
„Musisz
opiekować się Walkerami” - poradził cicho Trane.
„Dbają
sami o siebie. Ty przyniesie mi twoje taśmy. Napiszę do ciebie, kiedy będziesz
mógł wysłać lokaja, żeby je odebrał”.
Ledwie
była widoczna, ale Chace był wystarczająco blisko, by zobaczyć ulgę
przebłyskującą przez rysy ojca.
Potem
powiedział - „Newcomb”.
„Według
protokołu”.
„Chace…”
Chace
pochylił się nad nim tak, że ich nosy prawie się stykały.
„Według
protokołu, tato. Odwołaj swój oddział zbirów. To gówno nie zniknie, dopóki nie
wyciągniesz palców z tyłka, nie zwrócisz uwagi i przestaniesz zostawiać do
rozwiązania wszystkim innym twoje problemy”.
„Robią
się niecierpliwi” - wyszeptał Trane.
„To
nie umknęło mojej uwadze, widząc, że człowiek nie żyje”.
Trane
otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale kiedy to zrobił, żołądek Chace’a
skręcił się w chory sposób, bo musiał coś dać temu draniowi.
„Nie
rób tego” - wyszeptał i po usłyszeniu tego, w jaki sposób powiedział te słowa,
Trane zamknął usta - „Dla mamy, dam ci to ostrzeżenie. Jak powiesz gówno teraz,
wejdę prosto do tego budynku i zgłoszę to. Więc nie rób tego. Nie pokazuj, że
masz wiedzę na temat morderstwa i włamania. Pomóż mi pomóc mamie i trzymaj gębę
na kłódkę”.
Trane
przez dłuższą chwilę wpatrywał się w niego, ale nic nie mówił.
Chace
skończył.
„Kiedy
mama zadzwoni, zabiorę do niej Faye, ale ciebie nie ma tam” - powiedział ojcu.
„Nie
spodoba się jej to” - odpowiedział cicho Trane.
„Wymyśl
jakąś wymówkę i spraw, żeby była dobra. To nie będzie problem. Jesteś w tym
wyćwiczony”.
Trane
potrząsnął głową - „Chce, żebyśmy byli rodziną, Chace, a jeśli ten związek z
Faye Goodknight będzie się rozwijał, będzie tego jeszcze bardziej chciała”.
„Więc
bądź kreatywny, ponieważ dostanie to ode mnie, od Faye, ale ty nie będziesz w
to zaangażowany”.
„Bez
względu na sytuację zewnętrzną zgadzam się z twoją matką. Jesteś moim synem.
Jeśli poślubisz tę kobietę…”
Chace
przerwał mu warknięciem - „Ona nie jest „tą kobietą”. Ona jest Faye”.
Trane
skinął głową, jego oczy błyszczały, słowa Chace’a zdradziły to, ale zostawił to
w spokoju i kontynuował - „…poślubisz Faye, będziesz miał dzieci, to będą moje
wnuki”.
„Z
nimi też nie będziesz miał nic wspólnego”.
Wzdrygnięcie.
Jezu.
Dupek
się wzdrygnął.
„Chace…”
- powiedział cicho Trane, zanim Chace zdążył przetworzyć wzdrygnięcie - „…popełniłem
błąd. Mężczyźni popełniają błędy”.
„Moja
zmarła żona wepchnęła ci gówno w tyłek, żeby cię szantażować, żeby mogła
wmanewrować swoje ciało w moje łóżko”
- uciął Chace, Trane znów się wzdrygnął, a Chace kontynuował ordynarnie, chcąc
zabić - „Rozumiem, że człowiek może lubić zabawę w dupę. Twój rodzaj gry, nie rozumiem. Masz rację. Jestem twoim
synem. To znaczy, że jesteś moim ojcem i nigdy nie powinienem widzieć, jak mój
ojciec robi takie gówno. To jest całkowicie popieprzone w taki sposób, że nie
da się opisać, że nawet prowadzimy tę
rozmowę. Potem zostałeś nagrany, szantażowany, a po wszystkim ochronisz swój
tyłek i rozbujałeś mój. Tak nie robi
ojciec. Cofając się do nas wcześniej, tato,
dobry człowiek, prawdziwy mężczyzna, jak
spieprzy, pozwala się swojemu tyłkowi kołysać, żeby jego syn nie czuł tego. Nie
tylko mnie nie chroniłeś, ale wciągnąłeś mnie prosto w swoje gówno. Więc,
przełamując to, jesteś moim ojcem, ale też nie
jesteś. To znaczy, kiedy włożę pierścionek na palec Faye i tak, tato,
powiedziałem kiedy, nie będziesz jej
teściem i na pewno nie będziesz dziadkiem dla naszych dzieci. Proszę, Boże,
zrób mi jedną pierdoloną rzecz w moim życiu dla mnie jako swojego syna. Daj mi
to. Daj to mojej kobiecie. I daj to moim dzieciom”.
Skończone,
odwrócił się, wsiadł do swojego SUV’a i zatrzasnął drzwi.
Nie
patrząc na ojca, wsunął kluczyk do stacyjki, przekręcił go, wrzucił bieg i
zarzucił rękę na siedzenie pasażera, oglądając się przez ramię, żeby wycofać.
Nie
sprawdził, gdzie jest jego ojciec, kiedy wyjeżdżał z parkingu przy komisariacie.
Pięć
minut później wyciągnął telefon, by odebrać rozmowę od matki.
Była
w stanie, ale na szczęście w dobrym. Tak podekscytowana, że paplała.
„Każę
Donatcie gotować! Wszystkie twoje ulubione dania! Och Chace, kochanie, tak się
cieszę, że w końcu leczysz się po Misty. To doskonała wiadomość i nie mogę się doczekać, kiedy ją poznam.
Jestem po prostu pewna, że będzie fantastyczna”.
To,
co zarówno powiedziała, jak i nie miała na myśli, to, że po Misty każdy byłby
fantastyczny. Nie chciała, żeby to było paskudne. Była to jednak prawda.
Kiedy
rzeczywiście miałaby spotkać Faye, byłaby poza sobą i niewątpliwie następnego
dnia poszłaby na zakupy. Po co, to byłaby porażka, ale Chace zgadywałby, że po
pierwsze dziecięce gówno, po drugie gówno ślubne i, po trzecie, drogie prezenty
dla Faye, które miałyby ją przekonać, że ma Miłość Keatonów. Ukryłaby dziecięce
gówno i weselne gówno, ale następnego dnia byłaby w Carnal, by położyć drogie
gówno u stóp Faye.
Kurwa.
Tak
jak robił całe swoje życie, poddał się, ponieważ nie miał w sobie siły, by
rozbić jej bańkę. Udało mu się opóźnić tę kolację o trzy tygodnie. Potrzebowali
czasu na osiedlenie się Malachi’ego. On potrzebował czasu na przygotowanie Faye
do kolacji. Na koniec sam potrzebował czasu, żeby się do tego przygotować.
Była
rozczarowana opóźnieniem, ale w końcu dostała to, czego chciała, więc ukryła
to, ale nie za dobrze.
Chace
rozłączył się z nią, połączył się z Deckiem, podał nowe informacje, a potem
wjechał na szpitalny parking. Wziął książki, wszedł, dostał numer nowego pokoju
Malachi’ego i poszedł tam.
Zatrzymał
się tuż przy drzwiach, gdy zobaczył, co dzieje się w środku.
Malachi
miał zdecydowanie lepszy kolor. Miał na sobie piżamę, którą kupiła mu Sondra.
Nie spał, był czujny, miał umyte i uczesane włosy, siniaki na twarzy znikały i
uśmiechał się do Faye, która siedziała na krześle obok jego łóżka i miała przed
sobą ręce.
„Czy
masz tyle lat?” - zapytała,
poruszając palcami dookoła, pokazując mu liczby, których Chace nie mógł do
końca zobaczyć, ponieważ widział tylko jej lewą rękę, ale ta ręka otworzyła się
szeroko i zacisnęła trzy razy w pięść. Innymi słowy, tylko na jednej ręce
naliczył piętnaście.
Wciąż
się uśmiechając, Malachi potrząsnął głową.
„W
porządku, a co powiesz na tyle?” - Faye
kontynuowała.
Więcej
błysków rąk. Malachi uśmiechał się więcej i potrząsał głową.
Jej
głos stał się łagodniejszy, słodszy i zapytała - „Co powiesz na tyle?”
Oczy
Malachi’ego opadły na jej dłonie, przeniosły się na jej twarz i uśmiechając się
nadal, skinął głową.
„Dziewięć…”
- wyszeptała - „…mam siostrzeńca, który w tym tygodniu skończy dziewięć lat. Ma
na imię Jarot.” - Pochyliła się i powiedziała konspiracyjnie - „Ale kiedy go
spotykasz, nie możesz z niego żartować i nazywać go tarot. Nie lubi tego”.
Uśmiech
Malachi’ego stał się większy, ale zniknął z jego twarzy, gdy jego oczy rzuciły
się na drzwi i zobaczył Chace’a.
Faye
obróciła się na krześle i miała dla niego uśmiech.
Uśmiechnął
się do niej, a potem spojrzał na Malachi’ego - „Wszystko dobrze, kolego.
Przyszedłem tylko przynieść twoje książki”.
Oczy
Malachi’ego opadły na pudło, którą niósł Chace i pozostał tam, gdy Chace
okrążył łóżko, dając mu dużo przestrzeni, gdy podszedł do parapetu.
„Ustawię
je tutaj, a po moim odejściu będziesz mógł powiedzieć Faye, gdzie je chcesz” -
mruknął Chace.
Podszedł
do głębokiego parapetu, postawił pudło i starannie ułożył książki tak, jak były
ułożone w pudełku, utrzymując je w porządku i układając tak, jak Malachi miał
je w szopie.
Kiedy
odwrócił się do łóżka, został przy oknie i zobaczył, że Malachi patrzy na
książki, ogląda je w górę i w dół, licząc, czytając i oceniając, że wszystkie
tam są. Chace zobaczył także, na szpitalnym stoliku ustawionym nad jego łóżkiem
książkę, którą Faye czytała mu zeszłej nocy, a także rząd odwiniętych batoników
Snickers, z których jeden był otwarty, a dwa puste opakowania pokazywały, że przegryzał.
„Ukradnę
Faye sekundę, porozmawiam z nią, a potem wrócę do pracy” - powiedział Chace Malachi’emu,
a oczy dzieciaka skierowały się na niego - „Chcesz, żebym coś przyniósł, kiedy
wrócę po pracy?”
Malachi
wpatrywał się w niego, po czym przeniósł wzrok na Faye.
„Malachi
nie jest jeszcze gotowy do rozmowy, Słonko” - powiedziała cicho Faye, a Chace
spojrzał na nią - „Musisz zadawać mu pytania z odpowiedzią tak lub nie” -
poradziła.
Kiedy
Chace spojrzał z powrotem na Malachi’ego, zobaczył ślad strachu na jego twarzy
i napięcie w jego ciele. To powiedziało mu głośno i wyraźnie, że nie był w
stanie w ogóle komunikować się z Chace’m.
Kiedy
Faye znów się odezwała, Chace wiedział, że też to zauważyła.
„Chace
tam zostaje, kochanie” - powiedziała łagodnie - „Nigdy by cię nie skrzywdził.
To on wysłał swojego przyjaciela, aby cię odnalazł, abyśmy mogli zabrać cię do
szpitala, poskładać, a potem zaopiekować się tobą. Ale oboje rozumiemy, że
sprawy są teraz trochę przerażające. Mimo to jest gotów wyświadczyć ci przysługę,
więc może mógłbyś mu pomóc, dając mu znać, czego chcesz, tak jak robisz ze mną.
Tylko kiwnij głową, ale do Chace’a. W porządku?”
Malachi
przez jakiś czas patrzył jej w oczy, a potem, co Chace uznał za tak, spojrzał
na Chace’a.
Więc
Chace zapytał - „Chcesz ogórka?”
Głowa
Malachi’ego drgnęła lekko, jego oczy rozbłysły i, pieprzone dzięki, usta mu
drgnęły, zanim potrząsnął głową „nie”.
„Brokuły?”
- Chace kontynuował i usłyszał cichy, łagodny chichot Faye, ale nie oderwał
wzroku od Malachi’ego, który ponownie potrząsnął głową.
„Twixa?”
- Chace kontynuował, a Malachi zacisnął usta i skinął głową.
„Truskawki?”
- Kolejne skinienie głową, kolejny błysk w oku, dzieciak lubił truskawki. Wreszcie,
ciszej, Chace zapytał - „Czy czytałeś Lwa,
czarownicę i starą szafę?”
Jego
usta się rozchyliły, lubił to o wiele lepiej niż truskawki i skinął głową.
„Kiedy
byłem w twoim wieku, kolego, to była moja ulubiona” – powiedział Chace - „Chcesz,
żeby Faye ci to przeczytała?”
Zagryzł
wargę, ale skinął głową.
„Zdobędę
ją” - mruknął Chace.
Malachi
tylko się na niego gapił.
Chace
uśmiechnął się do niego, spojrzał na Faye i zapytał delikatnie - „Mogę z tobą
chwilę porozmawiać?”
Skinęła
głową, odwróciła się do Malachi’ego i wstała z krzesła, ale pochyliła się lekko
nad nim - „Nie wyjadę na długo, a potem wrócę i możemy jeszcze porozmawiać”.
Wytrzymał
jej spojrzenie i skinął głową.
Wyciągnęła
rękę, delikatnie dotknęła jego policzka, wchodząc powoli, ale dotyk był ulotny,
potem Chace obserwował po jej profilu, jak delikatnie się do niego uśmiecha i
wyszeptała - „Wrócę wkrótce, kochanie”.
Poruszyła
się, Chace okrążył łóżko w pewnej odległości, czując na sobie wzrok Malachi’ego,
więc pstryknął mu dwoma palcami, mrugnął i wyszedł z Faye. Zatrzymał ją przed
pokojem, żeby Malachi mógł ją widzieć przez okno w drzwiach.
Jej
oczy szukały i wiedział, że jej umysł wciąż był skupiony na rozmowie telefonicznej,
kiedy zapytała - „Wszystko w porządku?”
„Mój
tata złożył mi niespodziewaną wizytę” - podzielił się i zobaczył, jak jej ciało
podskoczyło, brwi się złączyły, więc przysunął się do niej, luźno owijając
ramiona wokół niej. Uniosła dłonie i położyła je lekko na jego klatce
piersiowej, gdy mruknął - „Jest okej”.
„Dlaczego
cię odwiedził?” - zapytała.
„Dlaczego
cokolwiek robi?” - Chace uniknął - „Głównie po to, by być dupkiem”.
„Z
twoją mamą wszystko w porządku?”
Pokiwał
głową - „Ma się dobrze. Dostałem od niej telefon. Jesteśmy zaproszeni na
kolację za trzy tygodnie”.
„W
porządku” - odpowiedziała z wahaniem, wciąż wpatrując się w jego twarz.
„Będzie
dobrze. Taty tam nie będzie” - zapewnił ją.
Kontynuowała
studiowanie go wcześniej, a potem dla niego odpuściła, szepcząc - „Przepraszam,
Słonko. Nie wiem, co się wydarzyło, ale wiem, że nieprzyjemnie ci jest go
widzieć. Więc przykro mi”.
Chace
skinął jej podbródkiem i zmienił temat.
„Te
książki są dla niego szczególne. Moja rada, porozmawiaj z nim, połóż je tam,
gdzie chce. Prawdopodobnie będzie chciał je blisko i trzeba powiedzieć
personelowi, żeby je zostawili”.
Skinęła
głową.
„Czy
powinniśmy się martwić tym, że nie mówi?” - zapytał.
„Jeszcze
nie wiem. Po lunchu przyjedzie psycholog dziecięcy i porozmawia z nim. Mówią,
że w tym momencie nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak żył i jak
został znaleziony. Nie odmawia jedzenia. Komunikuje się niewerbalnie. Nie jest
zdenerwowany. Poza tym, że nie mówi, wydaje się być w dobrym nastroju. Co
prawda trochę się waha przy pielęgniarkach, ale zachowują się łagodnie i dość
łatwo się uspokaja. Wygląda na to, że nie bardzo lubi mężczyzn, więc nie chodzi
tylko o ciebie. Na tym oddziale jest pielęgniarz, jak wszedł, Malachi’emu się
to nie spodobało. Zauważył to natychmiast i zapewnił, że nie wróci”.
To
wiele mówiło, ale Chace nie podzielił się tym, co to mówiło.
Faye
kontynuowała - „Dowiemy się więcej, kiedy psycholog z nim porozmawia. Ale
zbadali go i nie fizycznie nie może mówić. Cokolwiek go powstrzymuje, ma
podłoże psychologiczne”.
Chace
skinął głową i zapytał - „Wieści od twoich rodziców?”
„Wszystko
dobrze. Dom przeszedł kontrolę. Podobno wiosenny kurs zajęć z opieki zastępczej
rozpoczął się w zeszłą sobotę, więc zapisali mamę i tatę. Ale zamierzają
umieścić tam Malachi’ego jutro. Tata jest w pracy w ciągu dnia, ale mama
pracuje w domu i może być dwadzieścia cztery na siedem, co według nich jest
dobre. Więc wszystko jest na swoim miejscu”.
Silas
był geologiem, który pracował w firmie zajmującej się doradztwem środowiskowym
z siedzibą w Chantelle. Sondra była księgową na pół etatu, która zajmowała się
księgami różnych firm w mieście, w tym włoskiej restauracji, kwiaciarni Holly i
La-La Land Coffee. Pracowała w domu, więc będzie dostępna dla Malachi’ego.
Idealnie.
„Będziesz
chciała być tam jutro” - zgadł Chace i wiedział, że było dokładnie tak, bo Faye
natychmiast skinęła głową.
„Zadzwoniłam
już do moich wolontariuszy. Otworzę i posortuję książki, a potem oboje zajmą
się resztą. Pani Bagley zamykała dla mnie wcześniej. Ma klucze. To też jest
dobre”.
„Racja”
- mruknął Chace, po czym powiedział jej - „…przyniosę dla niego trochę rzeczy,
książkę i przyniosę to tutaj po pracy, ale kochanie…” - przyciągnął ją nieco
bliżej i zbliżył twarz do jej twarzy. - „…jak przyjdzie mama, musisz dać mu z
nią czas sam na sam. Zacznij uczyć go, by jej ufał. Nie musisz wychodzić na
godziny, ale on musi się do niej przyzwyczaić bez ciebie. Okej?”
Kiwnęła
głową, ale zrobiła to, marszcząc nos. Musiała to zrobić, wiedziała, ale nie
musiała tego lubić.
„Jest
teraz z nim dobrze, Faye” - powiedział cicho Chace - „Rodzina. Jedzenie.
Porusza palcami u rąk i nóg. Wszystkie książki, jakie może chcieć na tym czymś,
co kupił mu Sylas i co może trzymać w rękach. Wszystko będzie dobrze”.
„Tak”
- wyszeptała, pochylając się w jego stronę, wyraz jej twarzy się rozjaśnił.
Zbliżył
twarz, żeby pocałować ją w nos, a kiedy się cofnął, mruknął - „Muszę iść”.
„Okej”
„Jak
powie, że chce czegoś innego, zadzwoń do mnie, a złapię to, kiedy wyjdę”.
„Okej”
„Do
zobaczenia później wieczorem”.
Uśmiechnęła
się i szepnęła - „Okej”.
„Twoje
łóżko czy moje?”
Jej
twarz zrobiła się łagodna, jej ciało wtopiło się w jego i zapytała w odpowiedzi
- „Którego chcesz?”
Materac
on miał lepszy. Ale jej prześcieradła były najdelikatniejszymi, jakie
kiedykolwiek czuł w swoim życiu. W związku z tym dwoje babka wróżyła.
Ale
jej mieszkanie było bliżej La-La Land, co oznaczało, że miał z nią więcej czasu
w jej łóżku i pod prysznicem, zanim udali się po kawę.
„Twoje”
- odpowiedział.
„Okej”
- westchnęła i to było takie słodkie, że pochylił głowę i pocałował ją szybko,
ale z otwartymi ustami, wsuwając język do środka, by jej posmakować, zanim
przerwał pocałunek i ponownie uniósł usta, ale tym razem, by pocałować ją w
czoło.
Nad
jej głową zobaczył, że Malachi obserwował ich ze swojego szpitalnego łóżka. I,
pieprzyć go, Chace nigdy by się nie domyślił, nawet za milion lat, że Malachi
obserwowałby Chace’a trzymającego Faye, rozmawiającego z nią, szepczącego z nią
i całującego ją i to dałoby mu to, co dało.
Ale
kiedy jego wzrok pochwycił wzrok chłopca, było to lekkie, niepewne, ale było.
Dzieciak
się do niego uśmiechnął.
Pieprzone
dzięki.
Chace
odwzajemnił uśmiech.
Potem
uścisnął Faye i spojrzał na nią. Zobaczył, że zagląda przez ramię do pokoju
Malachi’ego i spojrzała na niego z wahaniem, ale też szczęśliwa, z rozchylonymi
ustami, przez które przeświecało trochę jej słodkiego zachwytu, a potem
uśmiechnęła się szeroko.
Chace
odwzajemnił uśmiech, ponownie ją uścisnął i powiedział - „Później, Faye”.
„Później,
Słonko”.
Zerknął
na Malachi’ego, zanim puścił ją z kolejnym uśmiechem i odszedł.
*****
Mam nadzieję, że się mylą i nie ma tam drugiego dziecka. Ojciec Chanca to dno, żałosny człowieczek, który tonąć ciągnie na dno innych. Dziękuję ❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję 😘😘😘
OdpowiedzUsuńMam też nadzieje że nie ma rodzeństwa gdzieś tam w lesie bo jak nic zwieje im by być z nim lub nią :(
OdpowiedzUsuńOby tak nie było bo przyda mu się trochę miłości po tym co przeszedł.
CZekam na kolejną część :)
Bardzo dziękuje.
OdpowiedzUsuńDziękuję 💙
OdpowiedzUsuń