sobota, 16 października 2021

13 - Słodka (cz.2)

 

Rozdział 13

Słodka

 

*****

„Chace, rozumiem cię, ale nie miałam jeszcze czasu, aby w pełni ocenić sytuacji. To, co już wiem…” - zaczęła Karena Papadakis.

Była urzędniczką ds. opieki nad dziećmi i stała z Chace’m przed oddziałem intensywnej opieki medycznej.

„On jest diakonem w kościele” - przerwał jej Chace - „Ona projektuje programy niedzielne. Kosi trawnik przy kościele. Poważnie, Karena, Sondra Goodknight nie pozwoli nawet swojej dwudziestodziewięcioletniej córce mówić „choroba”, a to przekleństwo z serialu telewizyjnego sci-fi. Dobrze tam będzie temu dzieciakowi”.

Już jej powiedział, że chce, aby umieściła Malachi’ego u Goodknight’ów, a ona prawidłowo i nic dziwnego, wzdrygała się z powodu procedury.

„Są starsi” - odpowiedziała cicho Karena.

„Tak. Są. Co oznacza, że wychowali już trójkę dzieci, więc wiedzą, co robią. Jedną z tych dzieci jest mama dwóch chłopców. Jedną z nich jest bibliotekarka miejska, który ma tytuł magistra. Ostatni jest w armii służąc naszemu krajowi” - odpowiedział Chace.

„Nie mają certyfikatu rodziny zastępczej” - powiedziała.

„Więc zdobądź to dla nich” - odpowiedział.

„Wymagałoby to wizyt domowych, zajęć dla rodziców zastępczych…” - zaczęła.

„W stanie, w jakim się znajduje, Karena, nie zostanie jutro zwolniony ze szpitala” - zauważył Chace - „Masz czas i to, co już wiesz o tym dzieciaku, a im więcej się dowiesz, jak cię znam, spowoduje, że wyprujesz sobie żyły, żeby to przyspieszyć”.

Nie mylił się co do tego. Byli ludzie, którzy znajdowali pracę. Karena Papadakis znalazła powołanie. Jej liczba spraw nie była do końca mała, ale też nie było to, co osoba na podobnej pozycji mogłaby zrobić. To dało jej mnóstwo czasu na wykonanie jej pracy w sposób, w jaki prawdopodobnie złamałaby sobie kark, aby to zrobić, nawet jeśli jej liczba spraw byłaby dwukrotnie większa. I to robiła, z dbałością.

Spojrzała mu w oczy, a potem ostrożnie mu przypomniała - „Raporty medyczne mówią, że ten dzieciak może mieć specjalne potrzeby. Historia, którą mi dałeś, mówi mi, że już ma”.

„Wiesz, że nie zawiodę tego dzieciaka. Nie wiesz tego, ale możesz mi wierzyć, że moja kobieta go nie zawiedzie. To jej rodzice. Ma siostrzeńców w jego wieku. Jej siostra mieszka w Gnaw Bone. Jeśli umieścisz tego dzieciaka u Goodknight’ów, to jakby od życia we własnym gównie w szopie pośrodku niczego przeszedł do życia w zmodyfikowanym domu Brady Buncha[1], dziesięć minut za miastem z dobrą, bliską rodziną, która, zapewniam cię, radzi sobie ze specjalnymi potrzebami. Ci ludzie mają tyle dobroci, Karena, że poradzą sobie ze wszystkim”.

„Chace…” - powiedziała cicho - „…słyszałam, co ty i Faye Goodknight robiliście dla tego chłopca, ale…”

Przestała mówić, jej ciało drgnęło, a jej oczy przesunęły się przez jego ramię, więc Chace wykręcił swój tors, by zobaczyć Silasa wkraczającego w pośpiechu.

„Hej” - z uśmiechem uniósł brodę do Kareny, kiedy zatrzymał się u ich boku i mruknął dalej - „Przepraszam, że przeszkadzam”.

Potem odwrócił się do Chace’a i szarpnął pudłem, któremu Chace nie mógł się dobrze przyjrzeć, zanim zaczął mówić.

„Spójrz na to, Chace” - potrząsnął pudełkiem - „Po kościele ja i Sondra poszliśmy naprawdę szybko do centrum handlowego. Moja Faye mówi, że Malachi lubi dużo czytać, a ponieważ ma poranione ręce, dostałem jeden z tych fantazyjnych e-czytników.” - ponownie potrząsnął pudełkiem - „Facet w sklepie elektronicznym powiedział, że wszystko, co musi zrobić, to nacisnąć przycisk z boku, aby przewrócić stronę. Mieli nawet małe stojaki, w których można go ustawić, aby go utrzymać, więc nie musi sam go trzymać. Więc dostaliśmy mu też jeden z nich. Dopóki nie odzyska rąk, może dalej czytać, bo myślę, że może nacisnąć przycisk.” - Opuścił pudełko, spuścił głowę i przyjrzał się, mrucząc - „Musi włączyć to na dole za pomocą suwaka, ale myślę, że Sondra, czy Faye jak będą w pobliżu, albo ja mógłbym go ustawić, żeby ruszyło”.

Sondra dopadła ich, jakby w ogóle nie zauważyła Kareny i podniosła torbę w kierunku Chace’a. Chace również nie miał okazji na to spojrzeć, zanim go upuściła i zaczęła mówić.

„Pidżamersi” - oznajmiła - „Ciepłe. Myślisz, że pozwoliliby mu je założyć?” - zapytała, a następnie nie czekała na odpowiedź i zwróciła się do Kareny, której jeszcze nie poznała i poinformowała ją - „Te koce szpitalne są cienkie. Potrzebuje ciepłych pidżam.” - potem jej głowa szarpnęła w tę i z powrotem, zauważyła coś i szybko odeszła, mrucząc - „Jest pielęgniarka. Zapytam ją.”

„Potrzebuję gniazdko” - powiedział w tym momencie Silas - „Muszę naładować to maleństwo”.

Potem wystartował.

Chace patrzył, jak Silas odchodzi, ze spuszczoną głową, oczami ewidentnie szukając gniazdka. Potem Chace zobaczył Sondrę stojącą z Afroamerykanką, która nie była pielęgniarką, ale lekarzem Malachi’ego. Miała na sobie fartuch, jej długie, lśniące czarne włosy były ściągnięte w gruby kucyk i obie patrzyły na granatowe, flanelowe spodnie od piżamy dla małych chłopców z nadrukowanymi samolotami, uśmiechając się.

Chace spojrzał na Karenę.

„Przyspieszę to” - wymamrotała, jej usta drgnęły i odsunęła się z ręką w torebce, by wyciągnąć telefon. Była niedziela i Karena Papadakis, kobieta, z którą pracował więcej niż raz, odebrała jego telefon i opuściła rodzinę, by spotkać się z nim w szpitalu.

Teraz wykonywała więcej telefonów do kolegów, którzy prawdopodobnie również nie pracowali w niedzielę.

Chace uśmiechnął się do jej pleców, gdy odchodziła.

Następnie podszedł do Silasa, aby pomóc mu znaleźć gniazdko.

*****

„Przepraszam, detektywie Keaton, to niezręczne, ale poprosiłem pana tutaj, ponieważ niestety musimy odbyć tę rozmowę” - zaczęła administratorka szpitala - „Teraz, gdy ten chłopiec jest poza intensywną terapią, ponieważ nie ma ubezpieczenia, musimy przedyskutować…”

„Proszę nie martwić się o rachunki za szpital” - przerwał jej Chace - „Biorę za nie odpowiedzialność. Jeśli istnieje specjalista, który może porozumieć się z dr Hughes, aby pomóc w uratowaniu jego rąk i stóp proszę poinformować ją, że ma prawo szukać pomocy w jego sprawie”.

Administratorka zamrugała, po czym zebrała się, by poinformować go - „Dr Hughes jest wyjątkowym lekarzem pediatrycznej intensywnej opieki. Mamy szczęście, że ją mamy”.

Chace wytrzymał jej spojrzenie, skinął głową i odpowiedział - „Cieszę się, że to słyszę. Ale jeśli jest coś więcej, co można dla niego zrobić, chcę, żeby to zostało zrobione. Nawet jeśli trzeba go przenieść do innego szpitala”.

Szybko przekazała mu informacje, które go nie obchodziły - „Jesteśmy w pełni wyposażonym Centrum Traumatycznym Poziomu II. Jedynym w górach poza Loveland i Grand Junction”.

„Jest poza opieką pourazową” - przypomniał jej Chace.

„Jesteśmy doskonałą placówką” - naciskała.

„Wierzę pani. Nadal chcę zrobić wszystko, co można zrobić dla Malachi’ego” - odpowiedział Chace.

„Rozumiem, że chłopiec oczyścił rany i opatrzył je. Gangrena nie pojawiła się. Może stracić trochę mobilności, ale groźba, że całkowicie straci dłonie lub stopy minęła”.

„Proszę pani…” - Chace pochylił się lekko w jej stronę - „…przez nieokreślony czas ten chłopak mieszkał sam w szopie w lesie bez światła i ciepła, a toaleta, z której korzystał, była dziurą, którą wykopał sam w rogu. Nie musiał tego znosić, tylko po to, by znieść naukę życia bez kończyny lub, być może, utratę możliwości korzystania z kończyny. Rozumiem, że jest pani dumna ze swojego szpitala. Musi pani tylko zdobyć fundusze, żeby zapewnić chłopcu najlepszą opiekę, jaką może uzyskać. Więc proszę, niech pani pomoże mi zdobyć tę opiekę. Jeśli nie, sam znajdę sposób. A teraz proszę, o rozmowę z doktor Hughes i ocalenie rąk i stóp tego dzieciaka”.

Wytrzymała jego wzrok i szepnęła - „Porozmawiam z doktor Hughes”.

„Zobowiązany” - odparł Chace.

Wyraził swój punkt widzenia głośno i wyraźnie, a wiedział o tym, kiedy sięgnęła bezpośrednio po telefon.

Chace skinął jej głową, wstał z krzesła, na którym siedział naprzeciwko niej przy jej biurku i wyszedł z biura. Gdy to zrobił, zadzwonił jego telefon.

Wyciągnął go, spojrzał na wyświetlacz i odebrał - „Keaton”.

„Krew to ślepy zaułek, bracie” - powiedział mu do ucha Deck.

Deck zadzwonił wcześniej, informując Chace’a, że będzie z policjantami, którzy tego ranka przeczesywali las. Teraz brzmiał, jakby był w swoim pickupie.

„Nic?” - zapytał Chace.

„Kilka rozprysków, które wskazywały, że szedł na północny wschód. Potem zniknęły. Może je zobaczył i zakrył. Nie wiem. Po prostu wiem, że nic nie ma”.

„Ścieżki?”

„Żadnej” - odparł Deck - „Wiatr, topnienie śniegu i osiadanie, zniknęły nawet próby ich zakrycia. Jedyne, co znaleźliśmy, to szlak prowadzący na północną część miasta, wiodący na końcu Hotelu Carnal i kolejny prowadzący do biblioteki. Oba powielane, głębokie, tam i z powrotem, wytłoczone. Ale nie było widać, że to on, mógł być każdy, bo było ich tak wiele, upchniętych w z topniejącym śniegiem zacierającym pojedyncze odciski, więc teraz jest to tylko koryto w śniegu. Ale kiedy zbliżył się do szopy, zaczął je wymazywać. Bystre dziecko. Jak ktoś nie znał trajektorii, nie wiedział, że szopa istnieje, o czym chyba nikt nie wiedział, do czasu, gdy podjął wysiłek pozbycia się śladu, mogły prowadzić wszędzie. Nikt nie będzie wiedział, dokąd zmierzały”.

„Rodzeństwo” - wyszeptał Chace.

„Powtórz?” - poprosił Deck.

„Widziałem, jak był pobity, ponieważ ktoś przyłapał go na kradzieży jedzenia lub po prostu na kradzieży. To by było porąbane, ale wiadomo, że miasto ma kilka górskich rodzin, które dbają o swój własny biznes w starym stylu. Te rodziny mieszkają poza miastem, na wzgórzach lub głęboko w górach. To byłaby niespodzianka, ale widziałem, jak to się dzieje. Ale Malachi jest mądrym dzieckiem, nauczyłby się, jak nie dać się ponownie złapać, a Faye mówi, że widziała go przy wielu okazjach z widocznymi dowodami przemocy. Osobiście widziałem to dwukrotnie. Więc to nie to. Także być może wrócił do jakiegoś znajomego miejsca po jedzenie lub ubranie, został złapany, pobity. Albo może wrócił, żeby sprawdzić coś, na czym mu zależało jak brat, siostra, został złapany, pobity. Nie ukrywał tej szopy tylko przed ogólną populacją Carnal. Ukrywał swoje ślady przed kimś, kto mieszkał tam, skądkolwiek przybył. Ukrywał się przed kimś z domu. Ukrywa się przed wszystkimi”.

„Musisz skłonić chłopców do skierowania się do zbadania mieszkańców tych rezydencji” - mruknął Deck.

„Tak, ale już sprawdziłem Zapisy Urodzeń Stanu Kolorado, Deck, dzieciak nie istnieje. Nie lokalnie. Nie w tym stanie”.

Deck milczał.

Potem powiedział głośno to, co myślał Chace.

„To jest mroczne, bracie”.

„Nie…” - odparł Chace - „…czarne”.

„Przerzut” - wyszeptał Deck i Chace wiedział, że Deck myślał o tym, co on myślał.

Były dwa scenariusze.

Jeden, to naprawdę górzysty kraj, gówniany jak gówno, gdzie gdzieś na tych górach istniała rodzina, miał minimalny kontakt z prawdziwym światem, a to obejmowało prokreację, nie rodzenie dzieci w szpitalu, który miał dokumentację i nie wysyłanie dzieci do szkoły.

Po drugie, Malachi i prawdopodobnie jedno, lub więcej jego rodzeństwa krwi, lub przybranego rodzeństwa zostało zabranych z ich prawdziwych rodzin i byli wychowywani w tajemnicy przez jakiś prawdziwie skrytych górali w tym górzystym kraju, osobę porywacza lub ludzi, którzy ukryli ich przed prawdziwym światem z nikczemnych powodów i aby nie zostać ujawnionymi.

Chace mieszkał w tym mieście od trzynastu lat. Nawet jeśli na wzgórzach był ktoś, kto żył cicho i unikał towarzystwa, musiał się w jakiś sposób mieszać z ludźmi. Jeśli to umknęłoby jego uwadze, Frank dorastał w tym mieście. Wiedziałby o nich, mówiłby o nich, byliby na radarze gliniarzy albo byłaby plotka w mieście. Chace widział ludzi w Carnal, którzy pozwalali ludziom żyć swoim życiem, nawet jeśli się nie zgadzali lub myśleli, że było to walnięte. Połowę mieszkańców stanowili wielopokoleniowi hardkorowi motocykliści, których przyciągało to miasto przed Arnoldem Fullerem jako przystań dla tych, którzy siedzieli na Harleyu i żyli w ten sposób. Doceniali to, biorąc pod uwagę, że wybrali sposób życia, który nie był do końca ogólnie akceptowalny. To nie znaczyło, że nie mówiliby.

Pozostawała opcja druga. Malachi został porwany przez kogoś, kto nie był przy zdrowych zmysłach. Oznaczało to, że mógł pochodzić z dowolnego miejsca. Oznaczało to, że mógł mieć rodzinę, która go szukała.

„Zjem, wrócę, przeczeszę te lasy” - zaproponował Deck, zamyślając się.

„Zadzwonię na posterunek” - odparł Chace.

Deck zawahał się, zanim zapytał cicho - „Jak z nim?”

„Nie odzyskał przytomności i są trochę zaniepokojeni, bo powinien już to zrobić. Mimo to Faye czytała mu prawie cały dzień. Wyciągnąłem ją dwa razy, żeby wypiła się kubek swojej kawy i żeby mogła coś zjeść, kiedy jej siostra przyszła z obiadem, który mu zrobiła. Jej mama przejęła kontrolę, gdy jej nie było. Teraz wróciła”.

„Co mówią lekarze?”

„Nie mogą powiedzieć, skoro śpi i nie rusza się. Aktualnie wiadomo jednak, że skończył się strach, że straci ręce i stopy. Mobilność jest pod znakiem zapytania. Jednak kolor jest lepszy”.

„Racja”

„Dam ci znać, cokolwiek się stanie”.

„Docenię”.

„Idź na lunch, Deck. Odezwij się wkrótce”.

„Później, człowieku”.

„Później”

Chace rozłączył się i wsunął telefon do kieszeni. Potem nacisnął przycisk windy, żeby jechać na górę i sprawdzić, co u Faye i Malachi’ego.

*****

Był to czas by iść, godziny odwiedzin się skończyły, jak powiedziała mu pielęgniarka. Doceniał, że powiedziała jemu, więc to on będzie tym, który wejdzie i powie Faye, że musi zrezygnować i odejść na noc.

Umył ręce i przeszedł przez salę do otwartych drzwi, słysząc jej łagodny głos. Nie czytała staccato, wkładała w to emocje jak prawdziwa gawędziarka lub najlepiej jak potrafiła, skoro potrzebowała być cicho na tym oddziale.

Wszedł do pokoju Malachi’ego z myślą, że pewnego dnia poczyta w ten sposób ich dzieciom.

Dlatego miał mały uśmiech na twarzy, kiedy zobaczył najpierw Sondrę, siedzącą w kącie, a jej oczy zwróciły się na niego, gdy podniosła palec wskazujący i przyłożyła go do ust.

Tak ostrzeżony Chace powoli, cicho okrążył zasłonę i stanął jak wryty.

To dlatego, że Faye siedziała przy łóżku, pochylona nad książką, skupiając się wyłącznie na niej, ale jej ramię było wyciągnięte, a palce owinięte wokół przedramienia Malachi’ego.

A jasnobrązowe oczy Malachi’ego były otwarte, głowa lekko odwrócona na poduszce, a jego uwaga była całkowicie skupiona na czytającej mu Faye.

Ale nawet z siniakiem na twarzy było widoczne, że myślał, że Bóg przysłał anioła do jego łóżka, aby opowiedział mu historię.

Chace poczuł, że jego gardło zaciska się i trzymał się idealnie nieruchomo.

Potem oczy Malachi’ego przesunęły się na niego i całe jego ciało wyraźnie się napięło.

„Faye” - zawołał łagodnie Chace, a ona przestała czytać i podniosła głowę.

Ale kiedy zaczęła odwracać głowę, żeby na niego spojrzeć, zobaczyła Malachi’ego.

Zobaczył z profilu, jak jej twarz zrobiła się łagodna, a usta rozchyliły się, zanim wyszeptała - „Malachi”.

Jego oczy przesunęły się na nią z ledwie zauważalnym ruchem głowy.

Zawisła nad swoim krzesłem. Pochylając częściowo tułów, uciszyła głos do szeptu, kiedy powiedziała - „Cześć, Słonko. Z pewnością zrobiłeś sobie długą drzemkę. Zaczynaliśmy się martwić. Witamy z powrotem”.

Po prostu na nią patrzył.

„Jestem Faye” - powiedziała mu - „Ale znasz mnie, prawda?”

Nie powiedział ani słowa ani nie oderwał od niej oczu.

Faye ciągnęła dalej.

„To Chace, mówiłam ci o nim. Chace Keaton. Pracuje na komisariacie policji. Jest detektywem. Kupił ci szwajcarski scyzoryk, śpiwór i trochę jedzenia. Pamiętasz?”

Malachi nie poruszył się ani nie odezwał.

Faye się nie poddała.

„Tam, to moja mama. Nazywa się Sondra Goodknight. Przyniosła ci ciepłą piżamę, o której powiedzieli, że możesz nosić, kiedy cię stąd wypuszczą”.

Malachi przez sekundę patrzył na Faye, a potem jego głowa odwróciła się na poduszce, by spojrzeć na Sondrę, zanim spojrzał z powrotem na Faye.

Sondra wstała, zbliżyła się do łóżka, podczas gdy oczy Malachi’ego wróciły do niej i wyciągnęła dwa palce, by dotknąć koca przy jego boku, ale nie jego.

„Miło cię poznać, Malachi” - powiedziała łagodnie - „Teraz pójdę po pielęgniarkę. Muszą wiedzieć, że nie śpisz. W porządku?”

Malachi nie odpowiedział. Sondra spojrzała na Faye, potem na Chace’a i powoli wyszła z pokoju.

Chace zrobił krok w kierunku łóżka, ale zatrzymał się, gdy oczy Malachi’ego skierowały się na niego, a jego ciało zesztywniało.

Faye też to zauważyła. Podniosła się całkowicie z krzesła, ale pozostała pochylona do niego.

„Wszystko w porządku, Słonko. Chace to dobry facet. Daję słowo. To dobry facet”.

Chace zmusił swój głos do bardzo cichego, kiedy powiedział do nich obojga - „Jest mi tutaj dobrze. Malachi może mi powiedzieć, kiedy nie będzie miał nic przeciwko temu, żebym był bliżej”.

Faye odwróciła głowę w jego stronę i skinęła głową, a potem spojrzała na Malachi’ego.

„Widzisz? Chace to dobry facet, Słonko. Możesz mu zaufać, ale jest takim dobrym facetem, że możesz poświęcić na to trochę czasu, a on będzie cierpliwy. Daję słowo”.

Weszła pielęgniarka i uśmiechała się do Malachi’ego - „Cóż, popatrzcie tylko, obudzony i pokazujący nam swoje ładne, brązowe oczy”.

Malachi obserwował ją ostrożnie, gdy zbliżała się do jego łóżka, dopóki Faye nie wyprostowała się, a jego oczy wróciły do niej w sposób, który sprawił, że Chace zmartwiał.

„Zadzwoniłam po lekarza” - powiedziała pielęgniarka - „Niedługo przyjdzie i przepraszam, ale będziemy potrzebować pokoju, Malachi będzie potrzebował prywatności i godzin odwiedzin…”

„W porządku” - przerwała jej Faye - „Damy to, czego potrzebujecie”.

Pochyliła się z powrotem do Malachi’ego, Chace usztywnił się i to stało się, kiedy powiedziała - „Wrócę jutro, żeby przeczytać…”

Jego ciało gwałtownie zgięło się, jego zabandażowana ręka wyskoczyła i uderzyła w książkę w jej dłoni, która spadła na materac, a potem rzucił się w jej stronę i owinął jej szyję ramieniem z taką siłą, że wziął jej tors na siebie do łóżka.

„Kurwa” - wyszeptał Chace, ruszając w stronę łóżka, ale pielęgniarka była już przy nich i patrzyła na Chace’a.

„Proszę wezwać kolejną pielęgniarkę”.

Chace odwrócił się natychmiast i ruszył po pielęgniarkę, nie tracąc czasu, a kiedy wrócił, Faye siedziała na łóżku, pochylona głęboko w Malachi’ego, jego ramię wciąż było ciasno owinięte wokół jej szyi, a ona mruczała do niego.

Druga pielęgniarka przyszła natychmiast.

„Może potrafi pan wyjaśnić to przywiązanie” - szepnęła.

Chace nie zwlekał - „Karmiła go i dawała mu książki. Po raz pierwszy spotkali się pięć minut temu, ale to nie znaczy, że nie jest jedyną rzeczą, jaką ma”.

„Racja” - szepnęła i podeszła do Faye i Malachi’ego.

Chace podszedł łagodnie i ostrożnie zatrzymał się w miejscu, w którym zatrzymał się wcześniej, nie bliżej.

„Wrócę, kolego” - usłyszał szept Faye - „Jutro. Pierwsza rzecz. Obiecuję”.

Malachi nic nie powiedział i trzymał ją mocno ramieniem.

Pielęgniarki wpatrywały się w siebie znad łóżka, wyraźnie niepewne, czy interweniować, czy pozwolić Faye to zrobić.

„Okej” - szepnęła Faye - „Oto czego właśnie potrzebuję, Słonko. Musisz zadbać o siebie trochę dłużej, a teraz oznacza to, że martwię się o twoje ręce. Nie chcę, żebyś sobie krzywdził. Musisz mnie wypuścić, żeby pielęgniarki mogły się tobą zaopiekować, a lekarz mógł cię obejrzeć. Potrzebuję tego od ciebie, Malachi. Jutro, obiecuję, Słonko, przysięgam, wrócę. Do tego czasu… jesteś… bezpieczny. Całkowicie bezpieczny, Malachi. Nie okłamałabym cię w tak ważnej sprawie. Przyrzekam. Czy mi wierzysz?”

Żadnego dźwięku, żadnego ruchu, wszyscy znieruchomieli przez kilka długich chwil, po czym ramię Malachi’ego rozluźniło się i ułożył z powrotem na łóżku.

„Dziękuję, kochanie” - wyszeptała Faye, po czym podniosła się na nogi, wyciągając rękę, by położyć książkę na szafce nocnej i Malachi znów się zdenerwował. Patrząc na książkę w dłoni Faye, kilkakrotnie uderzał łokciem w łóżko, podczas gdy jego nogi poruszały się pod kołdrą, a dziwne, zwierzęce odgłosy dobiegały nisko z jego gardła. Pielęgniarki poruszyły się, jedna położyła mu rękę na ramieniu, druga delikatnie położyła swoją rękę na jego nogach.

„Co, kolego?” - zapytała Faye, a on potrząsnął głową w przód i w tył, uderzając łokciem w łóżko, kontynuując te odgłosy - „Malachi, proszę, Słonko, przestań to robić. Zranisz się. Uspokój się i porozmawiaj ze mną. Co?”

Czysta intuicja sprawiła, że Chace poruszył się szybko. Nie zbliżając się do łóżka, okrążył Faye za plecami, wyciągnął książkę z jej ręki, po czym oparł się o nią, zabierając ją ze sobą, używając jej jako tarczy dla Malachi’ego przeciwko sobie, gdy wepchnął książkę pod wymachującą rękę Malachi’ego i wsunął ją do jego boku.

Ramię Malachi’ego natychmiast przestało się poruszać, ale przesunęło się, by mocno uwięzić tam książkę i ułożył się.

„Chcesz swoją książkę” - szepnęła Faye.

Malachi wziął głęboki oddech, patrząc na Faye.

Potem skinął raz głową.

Jezu, ten dzieciak był popieprzony.

Jezu.

Czując pieczenie w brzuchu, którego nie lubił, Chace odsunął się od Faye i złapał spojrzenie jednej z pielęgniarek.

„Nie zabierajcie tej książki” - rozkazał, a ona natychmiast skinęła głową.

„Widzisz” - Faye powiedziała cicho do Malachi’ego - „Będziesz to miał, dopóki nie będziesz mieć mnie ponownie. W porządku?”

Malachi spojrzał jej w oczy i nie poruszył się.

Zignorowała to i wyszeptała - „Okej”.

Potem podniosła rękę i przeczesała jego włosy, zanim się wyprostowała.

„Do zobaczenia wkrótce, Słonko” - powiedziała cicho.

Przełknął ślinę, jego oczy rzuciły się na pielęgniarki, a potem z powrotem na Faye.

Potem skinął głową.

„Mój dzielny Malachi” - szepnęła Faye, wyciągnęła rękę, dotknęła jego bicepsa, po czym spojrzała przez pielęgniarki, pochyliła się, chwyciła torebkę, uśmiechnęła się do Malachi’ego i wreszcie jej dłoń znalazła jego, i zacisnęła się wokół niej tak mocno, że poczuł ból.

„Później, kolego” - mruknął Chace, a Malachi spojrzał na niego, ale nie powiedział ani słowa.

Minęli doktor Hughes, która spieszyła się do środka i tak chciała dostać się do Malachi’ego, że po drodze tylko kiwnęła do nich podbródkiem. Faye tego nie zauważyła. Wyszła, wykręcając szyję, by spojrzeć na Malachi’ego.

W końcu straciła go z oczu i patrzyła naprzód, ale się nie odezwała.

Chace zaprowadził ją do jej rodziców. W chwili, gdy zatrzymali się blisko, Silas przemówił.

„U Rosalindy. Ja stawiam. Liza, Boyd i chłopcy tam się z nami spotykają”.

Chace milczał, pozwalając Faye decydować o ich wieczornych planach.

„Brzmi nieźle” - powiedziała cicho.

To była jej decyzja. Potrzebowała rodziny.

Więc to dostała.

„Racja” - mruknął Silas, ostrożnie oglądając Faye, podczas gdy Sondra w milczeniu robiła to samo, a potem Silas spojrzał na Chace’a.

„Liza i Boyd są drodze. My też powinniśmy. Spotkamy się na miejscu”.

Chace skinął głową, dostał klaśnięcie w ramię od Silasa, uśmiech Sondry po tym, jak pocałowała córkę w policzek. Poszli za nimi do windy i wyszli razem na parking.

Sondra i Silas oddzielili się od nich, aby udać się do Wranglera i oboje robili to machając.

Chace podniósł brodę, gdy Faye pomachała w odpowiedzi i poszedł z nią na stronę drzwi pasażera jego Yukona.

„Otwórz, Słonko” - mruknęła, nie odrywając wzroku od drzwi, ale Chace chwycił ją za rękę, drugą ręką pociągając ją w pasie, by sobie pomóc, odwrócił ją plecami do SUV’a i przysunął się do niej.

Jej zdziwione oczy podniosły się do jego.

„Upewnij mnie, że wszystko w porządku” - zażądał.

„Ja...”

„On jest popieprzony, Faye, i to było intensywne. Ale ma dziewięć lat. Ma ciebie, ma mnie, twoich rodziców, twoją rodzinę, lekarza, o którym powiedziano mi, że ma wysokie kwalifikacje i się przejmuje i pielęgniarki, które zajmują się nim ostrożnie. Kiedy już tam jest, ma wszystko, a dotąd nie miał nic. Jest na tyle młody, że bez względu na to, jakie pieprzone gówno przeszedł, można go z tego wyprowadzić i zaufać czemuś dobremu. To jest nowe. Wpadł w panikę. Przywarł do ciebie. Ale to ustąpi, kochanie. Zrobimy to i wszystko będzie dobrze.

„Chace, nic mi nie jest. Jestem tylko głodna”.

Zamrugał, słysząc jej słowa i spokojny ton po tym, jak kości jego ręki prawie zostały zmiażdżone w jej dłoni, po czym przyjrzał się jej twarzy w światłach parkingu. Po pewnym czasie powiedział jej - „Nie możesz zakopywać gówna. Przed nami jeszcze daleka droga. Dajesz mu siłę, wyładowujesz na mnie gówno, które to powoduje w tobie, żebyś mogła mu to dać. Zaczynamy teraz. Umowa?”

Pochyliła się do niego, wspięła się na palcach i szepnęła - „Chace. Nic mi nie jest”.

„Mała…”

„Tylko że potrzebuję burrito. Szybko.”

Chace wpatrywał się w nią.

Uniosła rękę i owinęła ją wokół jego szyi.

„Dwa dni temu…” - powiedziała cicho - „…nie wiedząc, gdzie jest i w jakim stanie, nie czułam się dobrze. Teraz jest popaprany, ale jest bezpieczny i wiem, gdzie jest, więc daję słowo, kochanie, jestem… w porządku”.

Wytrzymała jego spojrzenie, gdy próbował wyczytać coś z jej.

Potem przestała dawać mu czas i stwierdziła - „Nakarm mnie. Jeśli nie, aż do Rosalindy, będę wyjaśniała ci całą historię Angela, wampira z duszą podarowaną mu przez Cyganów jako kara za zabicie jednej z nich. Ta historia ciągnęła się od Buffy, Pogromczynię Wampirów, po Angela, jego własny serial. Dodam też moje opinie, dlaczego nigdy nie powinni byli anulować Angela. Powiem ci teraz, to jest wieloczęściowe i nie wszystko ma związek z faktem, że David Boreanaz jest gorący. A jeśli będziesz zwlekał, może nawet będę miała czas, aby wyjaśnić, dlaczego uważam, że Joss Whedon powinien być rekomendowany do świętości”.

Miała swój moment.

Teraz była w porządku.

Więc Chace sięgnął do swoich dżinsów, wyciągnął klucze i zapiszczał na zamki.

Faye uśmiechnęła się.

Chace pochylił głowę i dotknął ustami jej ust.

Usłyszeli krótki dźwięk klaksonu samochodowego i oboje odwrócili głowy, by ujrzeć Sondrę i Silasa przejeżdżających obok Wranglerem. Sondra machała do nich.

Faye pomachała, gdy Chace sięgnął wokół niej, by otworzyć jej drzwi.

Zamknął je, gdy wsiadła.

Potem okrążył maskę, wsiadł i zabrał swoją kobietę na posiłek z rodziną.

*****

Znajdowała to, mimo że Chace szedł powoli, łagodnie, kochając jej dotyk, jej zapach i dźwięki, które wydawała.

Ale wiedział po dźwiękach, po tym, jak jej ciało poruszało się pod jego, jak przechylała biodra za każdym pociągnięciem, żeby go bardziej brać i po tym, że owinęła jedną nogę wokół jego tyłka i przycisnęła wnętrze drugiego uda do jego biodra, że się buduje.

Zsunął usta z jej szyi na szczękę, aby objąć jej usta głębokim, powolnym pocałunkiem, gdy jego ręka znalazła jej ramię, zsunęła się w dół i owinęła wokół jej nadgarstka, aby wyciągnąć ją z siebie. Skręcił dłoń, splótł palce z jej palcami, a następnie wcisnął ich dłonie w łóżko, poruszając się przy tym tak, aby jego przedramię przejęło jego ciężar.

Całował ją dalej, wbijając się głęboko, ale słodko i powoli, gdy poruszał drugą ręką, by znaleźć jej ramię i wyrwać je z wokół niej. Przesuwając rękę w dół do jej, przesunął ją na bok, przyciskając jej dłoń płasko do jej skóry, przesuwając ją w górę, w górę, następnie jego dłonią na jej dłoni obejmując jej pierś.

Jego kciuk poruszał jej kciukiem, pocierał nim mocno o jej twardy sutek.

I dostał to. Jej biodra drgnęły, sapnęła przy jego języku, jej noga zacisnęła się wokół jego tyłka i doszła.

Kurwa, kochał to w niej. Szybko i mocno lub powoli i słodko, znajdowała to tylko z jego językiem, sutkiem i jego kutasem.

Czasami tylko z jego językiem i kutasem.

Poruszał się szybciej, nadal ją całował, pchał mocniej, a ona go brała, wychylając się w górę, oddając mu siebie całą, gdy odwzajemniała pocałunek, aż wepchnął się głęboko, został osadzony i wlał się w nią, gdy jęknął w dół jej gardła.

Kurewsko wspaniałe.

Kiedy schodził, stwierdził, że ona przesuwa koniuszkiem języka po jego dolnej wardze. Coś, co lubił, coś, co on lubił jej robić, coś, czego ją nauczył.

Z drugiej strony nauczył ją wszystkiego.

Była jego w każdy możliwy sposób, jego w sposób, w jaki większość mężczyzn nigdy nie miała szansy mieć.

Jego.

Tak.

Kurewsko wspaniałe.

Jego język delikatnie wepchnął jej język z powrotem do jej ust, aby mógł ją pocałować głęboko, powoli i długo, zanim puścił jej usta i pociągnął swoje z powrotem do jej szyi.

Znowu objęła go ramieniem i przesunęła stopę w łóżku, aby owinąć nogę wokół jego uda.

Ich ręce wciąż były splecione w łóżku obok niej.

Dużo pieprzył. Również się kochał. Nie można było powiedzieć, że nie było kobiet, na których mu zależało, z którymi dzielił takie ciche chwile, będąc tak blisko, jak tylko mogły się zbliżyć.

Ale żadnej z nich nie czuł jak Faye. Żadna z nich nie pachniała jak ona. Żadna z nich nie smakowała jak ona. Żadna z nich nie zaciskała palców między jego palcami tak mocno. Żadnej z nich miękkiego ciała nie czuł tak słodko owiniętego wokół niego, wciśniętego pod jego, biorącego jego ciężar. Żadnej z nich po zabraniu tam nie sprawił, że poczuł się czysty i jakby wszystko było w porządku na świecie, dopóki jej ciało było w jego łóżku.

Ani jednej.

Nawet nie blisko.

„Więc o wiele spóźnione podsumowanie: kolacja z twoją rodziną poszła dobrze…” - przerwał - „…za każdym razem” - wymamrotał to na jej karku, poczuł, jak jej ciało podskoczyło z zaskoczenia, a potem usłyszał cichy chichot wydobywający się z jej gardła.

To było dobre. Brzmiało dobrze. Jakby na świecie wszystko było w porządku, tylko dlatego, że byli razem w jego łóżku, nawet jeśli nie wszystko było w porządku.

Dałaby mu to, gdyby miała dwadzieścia dziewięć lub siedemdziesiąt dziewięć lat i wiedział o tym aż do głębi duszy.

Podniósł głowę i spojrzał na nią, aby zobaczyć, że jest uśmiechnięta.

„Może dla ciebie” - odpowiedziała - „Ja uznałam to za irytujące”.

„Żebyś wiedziała, jak będę miał sekundę, pochowam nożyczki” - poinformował ją.

„To się właściwie nie wydarzyło”.

Uśmiechnął się i zbliżył twarz - „Faye, kłamiesz”.

Jej oczy przesunęły się na bok, zanim mruknęła - „Cóż, jeśli nawet to zrobiłam, zablokowałam to”.

Spojrzała na niego, kiedy powiedział - „W to wierzę”.

„Jestem średnim dzieckiem” - zaczęła się bronić - „Liza i Jude zawsze się na mnie zmawiali”.

„W to też wierzę”.

„Więc, gdybym miała dzierżyć nożyczki, to prawdopodobnie było to konieczne. Samoobrona”.

„To, przepraszam, kochanie, to nie pasuje”.

Przewróciła oczami i mruknęła - „Nieważne”.

„Mała…” - zawołał cicho, a kiedy spojrzała na niego, powiedział cicho - „Powiedziałem ci, że ich pokocham”.

Jej oczy zamgliły się, wysunęła czubek języka, by oblizać usta, a potem wyszeptała - „Dobrze. Cieszę się”.

Widział jej język, więc opuścił głowę, by odtworzyć jego ścieżkę.

Kiedy podniósł głowę, jej oczy wciąż były zamglone, ale wyraz jej twarzy był zupełnie inny. Spojrzenie, które poznał. Spojrzenie, które lubił.

„Chcesz więcej, mała?” - zapytał łagodnie.

Wysunęła zęby, żeby zagryźć na chwilę dolną wargę, zanim puściła ją i wyszeptała - „Musisz jutro iść do pracy”.

Straciła rozum, kiedy miał usta między jej nogami.

Nawet jeśli samo dojście zajęłoby mu piętnaście minut, ona doszłaby tak samo mocno lub mocniej, a on nadal miałby przyzwoitą porcję snu.

Warto było. Absolutnie.

Pochylił szyję, pocałował jej płatek ucha i w ucho rozkazał szeptem - „Idź się umyć. Jak wrócisz, dam ci więcej i zjem cię”.

Jej głowa odwróciła się lekko, więc jej usta znalazły się na jego szyi, nawet gdy jej trzy kończyny skręciły się wokół niego, a jej palce splotły się z jego zaciśniętymi palcami.

„Tak?” - wyszeptała.

Kurwa, wciąż był w niej częściowo twardy, właśnie doszedł, a jego kutas wciąż zadrgał na to jedno, chrapliwe, wypełnione pragnieniem słowo od jego dziewczyny.

„Tak” - odszepnął.

„Wysuń się, Chace” - wydyszała, a on wysunął się powoli.

Powoli wsunęła usta w jego szyję.

Zmiana planów. Zje ją, aż ona to znajdzie. Potem wypieprzy ją, aż on to zrobi i miał nadzieję, że ona zrobi to ponownie.

Pocałował ją w ramię i stoczył się.

Posłała mu mały, na wpół nieśmiały uśmieszek, a potem popchnęła swój tyłek do jego łazienki.

Kiedy wróciła, jeszcze nie całkiem komfortowa ze swoją nagością przed nim, była owinięta jego szlafrokiem, który był na haczyku z tyłu drzwi do łazienki.

Jego matka kupiła mu ten szlafrok po Misty. Jakoś, kiedy była w okolicy, odkryła, że jego stary zniknął, bo Misty na początku zaczęła go nosić. Więc kiedy jej gówno poszło, jego stary szlafrok też.

Szlafrok, który nosiła teraz Faye, miała na sobie inna kobieta. Nie podobało mu się to, więc zanotował sobie w pamięci, żeby się go pozbyć i zdobyć kolejny, który byłby tylko jej.

Zostawiła go, kiedy wczołgała się do łóżka.

Co oznaczało, że musiał go z niej zdjąć.

Zrobił to dziesięć minut później.

Dziesięć minut później, po tym, jak zmusił ją do dojścia, wrócił do niej, by sam to znaleźć.

I tak jak Faye zawsze to robiła, ona również to odnalazła.



[1] Brady Bunch - serial telewizyjny „Grunt to rodzinka”

7 komentarzy: