czwartek, 14 października 2021

12 - Rodzina

 

Rozdział 12

Rodzina

Chace

 

 

Faye, wiercąc się obok niego w jego SUV’ie przykuła jego uwagę, więc Chace wyciągnął rękę i złapał jej dłoń. Złączył ich palce i przyciągnął ich dłonie do swojego uda.

Byli w drodze do domu jej rodziców, a ona była niespokojna. Nie chodziło o to, jak powiedziała mu, kiedy delikatnie ją nacisnął, żeby martwiła się, co oni o nim pomyślą. Ale co on o nich pomyśli.

„Są trochę hmmm… zwariowani” - powiedziała.

„Istnieją dobrzy zwariowani i źli zwariowani. Domyślam się, że oni są dobrzy zwariowani” - odpowiedział.

Posłała mu słodkie, ale powątpiewające spojrzenie i kontynuowała.

„I głośni…”

Chace nie odpowiedział.

„I uparci…” - kontynuowała.

Chace tylko się do niej uśmiechnął.

„I wsadzą nos w twoje sprawy” - ciągnęła.

Ramiona Chace’a, które już ją otaczały, zacisnęły się, a jego uśmiech się poszerzył.

„Jestem rodzajem czarnej owcy. To znaczy, oni wszyscy czytają, ale nikt z nich nie jest nieśmiały, hmmm… w ogóle” - ciągnęła dalej.

„Kochasz ich?” - zapytał Chace. Kiedy otrzymał jej skinienie głową, dokończył cicho, ściskając ramiona - „W takim razie ja też”.

To uspokoiło ją i zaskarbiło mu uśmiech.

Ale około minutę temu jej pewność siebie osłabła.

Kiedy tam dotrą, zadomowi się i będzie w porządku.

Co do Chace’a, on się nie martwił. Kiedy Chace otrzymał zaproszenie na kolację od Silasa Goodknight’a po jego przybyciu i po powodzie, dla którego przyjechał, uznał, że zrobił coś, co Silas zaaprobował.

Jeśli chodziło o innych Goodknight’ów, Faye go lubiła i uznał, że to wszystko, czego on potrzebuje. Gdyby byli dobrymi ludźmi i kochali Faye, o czym wiedział, że to prawda, to albo spojrzeliby głęboko, żeby zobaczyć, co Faye w nim widziała, albo zakopaliby swoje uczucia, żeby jej to nie zasmuciło. Z tego, co już wiedział o nich w mieście i z rozmów Faye, wiedział, że już ich lubi.

Dlatego nie jechał obawiając się, jak potoczy się kolacja.

Nie, miał na głowie wiele innych rzeczy.

Pierwszym był Malachi.

Z tego, co dotąd mogli się dowiedzieć, dzieciak nie istniał.

Pochodziło to od Chace’a, który sprawdził Zapisy Urodzeń Stanu Kolorado i nie znalazł nikogo w przybliżonym wieku Malachi’ego urodzonego w stanie Kolorado. Pochodził również od Chace’a kontaktującego się z lokalnymi i nie tak lokalnymi szkołami.

Chace, Frank i Deck zdobyli przysługi od ludzi, których znali i zajrzeli do systemów szkolnych w okolicach Aspen, Grand Junction, Glenwood Springs, Montrose, a nawet tak daleko, jak Denver. Chociaż kilku Malachi’ch było zapisanych, żaden z nich nie odpowiadał wiekowi dzieciaka.

Chace, Deck, Frank i inni oficerowie pytali w mieście, czy ktoś nie tylko ostatnio widział Malachi’ego, ale także czy widział go wcześniej. Z wyjątkiem kilku osób zgłaszających, że sądzili, że mogli, nie było to nic konkretnego i poza może zauważeniem go, nie mieli nic więcej.

Nic dziwnego, że był dobry w byciu niewidzialnym.

Zaskakujące było to, że wyglądało na to, że w ogóle nie istnieje.

Chace widział go wędrującego, ale niezbyt daleko. W tamtych czasach ludzie nie zabierali dzieci do samochodu i nie podwozili ich bez obaw, zadawania pytań i zwykle zgłaszania tego lub od razu zabierania dziecka do władz. Więc chociaż Chace widział, że mógł przyjechać do Carnal z innego miasta, nawet innego hrabstwa, nie mógł sobie wyobrazić, że dotarł tam z Denver, a tym bardziej z innego stanu.

Nałożył to na stażystę i okazało się, że w bazie danych zaginionej osoby nie było nikogo z jego imieniem ani nie pasującego do jego opisu.

To i jego zniknięcie nie wróżyły dobrze. Nawet jeśli Faye i Chace wystraszyli dzieciaka z Faye stojącą przy koszu powrotnym w poniedziałek lub nim, każącym im siedzieć w samochodzie, dzieciak musiał jeść, a oni się wycofali. Faye trzymała swój zapas na zewnątrz przy koszu zwrotnym, nawet gdy nie obserwowali. Umieściła również zalaminowaną notatkę z boku biblioteki, prosząc każdego, kto odkryłby torby, aby zostawił je dla Malachi’ego.

Zostały pozostawione dla Malachi’ego. Wyszła z biblioteki pół godziny wcześniej i zameldowała mu, że wciąż tam są. Przez ostatni tydzień, za każdym razem, gdy wracali rano, wciąż tam były.

To pozostawiło mu mnóstwo czasu ewentualne na wymknięcie się do biblioteki, kiedy wiedział, że nie patrzyli.

Możliwe, że jakoś zauważył lub usłyszał, że Deck jest na jego tropie. Ale ponieważ Deck nawet nie wyczuł zapachu, a dzieciak nie nawiązał kontaktów z nikim poza Faye, Chace nie mógł pojąć, jak.

Dzieciak miał dziewięć lub dziesięć lat i, o ile Chace wiedział, nie miał super mocy ani zdolności jasnowidzenia. Był w trybie przetrwania i ryzykował, żeby przynajmniej jeść.

Im dłużej go nie było, tym bardziej narastał niepokój Chace’a i Faye.

Ale to nie była jedyna rzecz, która ciążyła na głowie Chace’a.

Nic dziwnego, że miasto nie ucieszyło się z morderstwa Darren’a Newcomb’a.

Nie chodziło o to, że był lubiany. Był całkowicie znienawidzony. Ale to było to samo, co z Misty. Nikt nie uważał, że na to zasłużył, a ponadto nikt nie uważał, że zasłużyły na to jego dzieci.

Byli przygotowani na to, co może nadejść po tym, co już się wydarzyło. Nie trzeba było kogoś z mocą dedukcji podobną do Sherlocka Holmesa, by wiedzieć, że morderstwo Newcomb’a może być wierzchołkiem góry lodowej.

Oczywiście w śledztwie w sprawie morderstwa Darren’a Newcomb’a został przeszukany dom Newcomb’a, a Clinton Bonar i ludzie, dla których pracował, zostali odwiedzeni przez Franka.

Nie było również niespodzianką, że stwierdzili, że dom Newcomb’a został wypatroszony, a ktokolwiek go przeszukiwał, wykonał solidną robotę. Został on zniszczony niemal w całości. Rozerwane poduszki na kanapie. Materace pocięte. Dywan podciągnięty. Linoleum zerwane. Szuflady komody wywrócone. Nawet kieszenie w odzieży wywrócone na lewą stronę lub całkowicie wyrwane.

Nie wiadomo, czy znaleźli to, czego szukali.

Chace odwiedził miejsce. Mimo że Frank był głównym prowadzącym dochodzenie, nie oznaczało to, że Chace wciąż nie szukał mordercy swojej niechcianej, ale martwej żony.

To, co zobaczył, skłoniło go do pewnych wniosków.

Morderca Newcomb’a i Misty, jeśli był tą samą osobą, wiedział, że kiedy to zrobi, jego ślady zostaną pokryte brudem w CPD. To nie znaczyło, że nie był ostrożny ze wszystkim poza swoim nasieniem. Z Newcomb’em nie zostawił im niczego. Ten, kto przewrócił dom Newcomb’a, również pozostawił po sobie tylko bałagan. Brak odcisków. Nikt niczego nie słyszał ani nie widział. Z drugiej strony Newcomb mieszkał lokalnie, ale z dala, na wzgórzach na wschód od miasta. Najbliższy dom był o las dalej. Łatwo nie słyszeć ani nic nie widzieć.

Mimo to Chace nie sądził, żeby zabójca przeprowadził przeszukanie. Uważał, że mężczyzna wkroczył, zrobił swoje i wyjechał.

Ktokolwiek przeszedł przez dom Newcomb’a, nie spieszył się. Człowiek z jednym, być może dwoma lokalnymi morderstwami na rękach nie kręciłby się w pobliżu.

Oznaczało to, że Bonar i jego chłopcy mieli zespół pracujący nad Carnal i dlatego gówno uderzające w miasto było bardziej gówniane.

Co więcej, Bonar i chłopcy nie byli zachwyceni wizytami Franka.

Zostało to przekazane za pośrednictwem poczty głosowej przez ojca Bonara i Chace’a. Zignorował oba telefony i wysłuchał tylko wiadomości Bonara. Usunął wiadomość ojca bez słuchania.

Stało się tak, ponieważ z doświadczenia wiedział, że nawet głos mężczyzny działał mu na nerwy w sposób, który mógł tkwić w nim przez wiele dni.

Ale odpowiedział Bonar’owi w SMS-ie Zagrożono Newcomb’owi funkcjonariuszowi policji. To zostało zgłoszone. Morderstwo jest badane według protokołu.

To wszystko, co powiedział i czuł, że to mówi wszystko, więc nie zamierzał nic więcej mówić. Po otrzymaniu tego tekstu Bonar dzwonił do niego trzy razy. Chace odbierał telefony, a następnie natychmiast je kończył, nawet nie przykładając telefonu do ucha, odbierając Bonar’owi możliwość zostawienia wiadomości.

Zrezygnował.

Ale Chace wiedział, że oni tego nie zrobili.

Chace wiedział, że Newcomb był kretynem, rasistowską świnią i bił swoją żonę, ale nie był na tyle głupi, by trzymać gówno, które miał na tych mężczyzn w swoim domu, a był wystarczająco dobrym ojcem, by nie chcieć tego blisko swoich dzieci. Albo ten komu to dał, nadal to miał i był w niebezpieczeństwie, albo zostało to znalezione tam, gdzie to trzymał  i zagrożenie minęło.

Frank przyglądał się temu pierwszemu i jak dotąd nie wymyślił zbyt wiele.

Będą musieli poczekać i zobaczyć, czy nie stało się to drugie.

Jeśli to nie wystarczyło, by jego myśli stały się ciężkie, było więcej.

Biblioteka.

Chace wykonał pięć telefonów do przewodniczącego Rady Miejskiej, prosząc o szczegóły dotyczące przyszłości biblioteki i kiedy możliwe zamknięcie biblioteki zostanie poddane publicznej dyskusji na otwartym posiedzeniu Rady.

Chociaż wszystkie jego telefony i wiadomości zostały odebrane przez asystenta Cesara Moreno, Chace nie doczekał się telefonu zwrotnego.

Chace znał Cesara Moreno, przewodniczącego Rady Miejskiej. Znał go jako dobrego człowieka, człowieka rodzinnego i oddanego męża. Jako rodzaj męża, który wciąż trzymał się za rękę z żoną, mimo że byli małżeństwem od osiemnastu lat. Takiego ojca, który zawsze był na meczach baseballowych swoich trzech synów. Rodzaj ojca, który uwielbiał swoją jedyną córkę, jakby była księżniczką.

W rzeczywistości Quinceañera[1] jego córki w zeszłym roku była tak wielkim wydarzeniem, że wciąż o nim mówiono. Byli bardzo liczni obecni, większość miasta została zaproszona, nie szczędzono wydatków i odprawiano wszystkie tradycyjne ceremonie, takie jak msza dziękczynna, zakładanie korony i zmiana butów.

Chace znał Cesara wystarczająco dobrze, żeby został zaproszony na Quinceanerę, ale ponieważ Misty wciąż żyła i musiałby ją przyprowadzić, jak to zwykle robił, gdy otrzymywali zaproszenie jako mąż i żona, odmówił udziału.

Cesar znał Chace’a na tyle, by zrozumieć.

Misty była zdruzgotana. Lubiła dobrą zabawę, szansę na wystrojenie się i kolejną szansę na wejście na ramieniu Chace’a. Dlatego bardzo rzadko dawał jej takie możliwości. To i nie mógł znieść spędzania z nią czasu.

Cesar również zaczął działać w chwili, gdy w CPD spadło gówno. Miał związane ręce, gdy Arnie był w zenicie siły i nie podobało mu się to. Ale był na tyle sprytny, że milczał o tym, aby chronić siebie i swoją rodzinę przed staniem się celem, i zrobił, co mógł, w Radzie oraz jako doradca i przywódca w mieście.

Dlatego też, gdy tylko mógł zacząć sprzątać, zrobił to. Otwarcie, szczerze, szybko, bez biurokracji i dużo się komunikując. Celem było pokazanie miastu, że burza minęła i nadszedł świt nowego dnia. Chace wiedział, że rzucił się w to, poświęcając niezliczone godziny na reorganizację Departamentu, poszukiwanie zastępczego personelu, zatrudnianie i współpracę z konsultantami oraz organizowanie spotkań miejskich w celu zbierania opinii i informowania obywateli.

Więc jego brak odpowiedzi na telefony Chace’a był niespodzianką, której Chace nie lubił i dalej nie rozumiał. Z tego, co wiedział o Cesarze, był on przywódcą społecznym, przywódcą kulturalnym, szanowanym biznesmenem i przyzwoitym człowiekiem rodzinnym. Był uczciwy, bezpośredni i przystępny.

To wcale nie było sposobem jego działania.

A Chace’owi się to nie podobało.

„Proszę, nie przeklinaj”.

Głos Faye wyrwał go z jego myśli i zapytał - „Co?”

Poczuł na sobie jej oczy, więc spojrzał na nią, po czym spojrzał na drogę, gdy powtarzała - „Proszę, nie przeklinaj w obecności mojej rodziny”.

„Faye…”

Jej dłoń ścisnęła jego i poczuł, jak jej ciało pochyla się w jego stronę, gdy mówiła dalej - „Oczywiście powinieneś być tobą, ale tata jest diakonem w kościele. W lecie kosi trawnik i przycina krzewy. Mama projektuje niedzielne pokazy. I mama wścieka się na mnie, kiedy mówię „choroba”, a to nie jest nawet prawdziwe przekleństwo. Ale czuje, że wystarczy znaczenie tego. Mam dwadzieścia dziewięć lat, ale ona nadal bez wahania daje mi reprymendę”.

Uścisnął jej dłoń i odpowiedział - „Po pierwsze, kiedy spotykam się z twoją rodziną, nie będę przeklinać. Po drugie, będą tam dzieci, więc nie będę przeklinać. I na koniec, kiedy twój tata przyszedł do mnie na swoją przemowę, przeklinał. Wielokrotnie. Jedno, kiedy robi to twoje dziecko, jest dziewczyną, do tego ładną, jako rodzic czujesz, że możesz ją za to zganić, bez względu na jej wiek. Ale jak mężczyzna rozmawia z mężczyzną, mówi, co mu się podoba”.

„Tata przeklął, kiedy z tobą rozmawiał?”

Jej ton był słodki, chrapliwy, niedowierzający i Chace uśmiechnął się w przednią szybę.

„Tak”

„Naprawdę?” - wyszeptała.

„O ile pamiętam, powiedział „dupek” więcej niż raz, „gówno” więcej niż raz, a jeśli bym chciał policzyć „wkurzać się”, powiedział to również więcej niż raz. Mogły być inne i nie przypominam sobie, żeby upuścił bombę k, ale na pewno nie stronił od kolorowego języka”.

„O jasna choroba” - wydyszała i Chace uśmiechnął się w przednią szybę.

Potem przestał się uśmiechać i ściszył głos, aby zapewnić ją - „Mała, wszystko będzie dobrze”.

„Cóż, mamę zdobędziesz. Nigdy nie widziałam tak dużego bukietu kwiatów”.

Nie myliła się.

Chace nigdy nie kupował kwiatów kobiecie, by widzieć tego wyniki, więc nie wiedział, że bukiet za pięćdziesiąt dolarów jest tak ogromny. Często posyłał matce kwiaty. Ale dzwonił z zamówieniem i rzadko widział rezultat, ponieważ rzadko wracał do domu. Co więcej, wydawał siedemdziesiąt pięć dolarów na kwiaty matki. Co, biorąc pod uwagę wiązankę leżącą obecnie na kolanach Faye, którą wymyśliła Holly w kwiaciarni z błyskiem w oku po tym, jak powiedział jej, ile chce zapłacić, oznaczało, że jego matki były prawdopodobnie ogromne.

Nic więc dziwnego, że jego mama zawsze dzwoniła, wymykając się samej sobie z radości, kiedy je dostawała. Myślał, że po prostu była słodka.

„Wszystko będzie dobrze” - powiedział jej, skręcając w drogę na północny zachód od miasta, która prowadziła do domu Goodknight’a, prawie dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie na południu znajdował się dom Chace’a.

„Liza prawdopodobnie zachowa się nieodpowiednio w taki czy inny sposób” - stwierdziła Faye, co oznaczało, że albo go zignorowała, albo była tak pogrążona w swoim niepokoju, że go nie słyszała.

„Faye…” - ścisnął jej rękę - „…wszystko będzie dobrze”.

„I może mieć dramat albo… wiesz, żebyś wiedział, nie jest przeciwna walce z Boyd’em na oczach ludzi. Nawet dzieci. Jeśli zacznie ryczeć, powie chłopcom, żeby poszli do innego pokoju, ale nie będzie obchodziło jej, kto jeszcze będzie tego świadkiem”.

„Faye” - delikatnie szarpnął jej dłoń, po czym mocno ją trzymał - „Chcę, żeby to się udało dla ciebie. Bez obrazy twojej rodziny, gówno mnie obchodzą. Nie kładę się spać z twoją rodziną. Nie budzę się przy twojej rodzinie. Przejmuję się tobą. Ale kochanie, szczerze mówiąc już ich lubię. Wiem o tym, bo mieszkam w tym samym mieście co oni od trzynastu lat. Poznanie ich lepiej oznacza, że po prostu polubię ich bardziej. Jeśli to nie wypali z jakiegoś popieprzonego powodu, nie zmieni to faktu, że będę kładł się spać z tobą i budził się z tobą, a z resztą poradzimy sobie. Tak?”

Nie odpowiedziała.

Chace musiał puścić jej rękę, aby skręcić na podjazd jej rodziców, a kiedy zrobił obie te rzeczy, ponownie zapytał - „Tak?”

Nie otrzymał odpowiedzi, dopóki nie zatrzymał się za srebrną Toyotą 4Runner.

Kiedy to zrobił, wypaliła - „Pochodzisz z rodziny z pieniędzmi i łapiesz eleganckie kieliszki do szampana, które musiały kosztować fortunę, jakby były plastikowe”.

Odwrócił głowę do niej i zobaczył, że jej twarz była blada i wyraźnie zaniepokojona w świetle deski rozdzielczej.

Kurwa.

To była niespodzianka.

Kurwa.

Zaparkował SUV’a, wyłączył zapłon i światła i odwrócił się do niej.

„Chodź tutaj” - rozkazał cicho.

„Jestem tutaj, Chace”.

„Chodź tutaj” - powtórzył.

„Ale ja jestem...”

„Mała, podejdź tutaj.”

Wtuliła się głęboko w niego, przesuwając się przez kabinę SUV’a i kładąc dłoń na jego udzie.

Uniósł rękę z boku jej szyi, wsunął ją w jej jedwabiste włosy i przyciągnął ją jeszcze bliżej.

Potem powiedział cicho - „Zarabiam prawie dwa razy więcej niż ty i mieszkam w domu z czterema sypialniami w stylu rancza na piętnastu akrach na południe od miasta. Dostałem rozsądny kredyt hipoteczny, ponieważ rodzice mojej mamy zostawili mi fundusz powierniczy. Ten fundusz nie jest fortuną, ale wystarcza. Napocząłem go, aby kupić dom, w którym chciałem mieszkać i zbudować rodzinę. Nie tknę go ponownie, dopóki nie ożenię się i nie będę miał dzieci. Dopiero wtedy posłuży do tego, aby mój dom stał się domem i zapewnił edukację moim dzieciom. Nie będzie używany do niczego innego, chyba że, nie daj Boże, nadejdzie nagły wypadek”.

Przyciągnął ją nawet bliżej, nawet gdy zbliżył się do niej i mówił dalej.

„Mam małe oszczędności i robię, co mogę, aby je powiększyć, tylko dlatego, że jest to mądre. Inwestuję w plan emerytalny, który zwiększy moją emeryturę, ponieważ kiedy skończę pracować i będę żyć dobrym życiem, chciałbym, żeby było lepsze. Biorę dwa urlopy w roku, oba nad akwenami, gdzie mogę łowić ryby, bo mam wszędzie stoki narciarskie i mogę pozjeżdżać, kiedy tylko do cholery zechcę. Noszę dżinsy i kowbojskie buty, a w tym roku wymienię ten samochód, bo ma cztery lata, więc już czas. Jem w Kogucie przy specjalnych okazjach, ale chociaż to jedzenie jest gówniane, jestem równie zadowolony z Rosalindy i to nie jest żart”.

Poruszył drugą ręką, by owinąć nią wokół jej na swoim udzie i cicho szedł.

„Moja mama kupiła mi te kieliszki, kochanie. To był pierwszy raz, kiedy wyjąłem je z szafy, do której je włożyła. W tym domu jest inne gówno, które mama myślała, że muszę mieć i prawdopodobnie wszystko to jest drogie, bo ją na to stać i to jej sposób. W tym domu nie ma absolutnie żadnego gówna, które należało lub zostało kupione przez Misty. To, co mówią te kieliszki, było moim życiem. Odszedłem od tego, gdy miałem siedemnaście lat, nigdy nie wróciłem, nigdy nie wrócę i nie tęsknię za tym. Mam w dupie kieliszki do szampana. Mogłyby być plastikowe, a mi na tym by nie zależało. Jak się stłuką, to się stłuką. Jak ty coś byś zniszczyła, mnie by to nie obchodziło. Kieliszki do szampana, czy nie. Teraz powiedziałem to wszystko, więc jesteś ze mną w tym gównie?”

„Tak” - wyszeptała, wpatrując się głęboko w jego oczy.

Była z nim, więc dał jej resztę.

„Już wiem, że ta rodzina tutaj jest lepsza niż ta, w której dorastałem, Słonko” - odszepnął - „Pieniądze i status nie znaczą gówna. To charakter coś znaczy. Mój ojciec tego nie ma. Twój ojciec tak, poślubił kobietę, która go ma i razem zbudowali rodzinę, która go ma. Denerwujesz się i nakręcasz gówno w swojej ślicznej główce, żeby się jeszcze bardziej denerwować. Przestań. Wszystko będzie dobrze”.

„Okej” - powiedziała cicho.

„Teraz masz przed sobą trudne zadanie, które polega na tym, żebyś naprawdę bardzo się starała nie być słodką. Kiedy jesteś słodka, chcę cię pocałować w sposób, jaki diakonowi kościoła, który wciąż przeklina, ale nie przy swojej córce, się nie spodoba. Ponieważ cały czas jesteś słodka, będzie to dla ciebie trudne. Ale proszę, byś spróbowała”.

Jej wargi z gumy do żucia drgnęły, a potem cicho odpowiedziała - „Spróbuję”.

Wpatrując się w jej usta, wymamrotał - „I zawiedziesz”.

„Chace…” - westchnęła, a jego oczy wróciły do jej.

„Jesteś słodka” - ostrzegł.

Jej ucho opadło na ramię, a brwi złączyły się.

Urocza.

„Tylko powiedziałam twoje imię”.

„To wszystko, czego potrzeba”.

Wyprostowała głowę, jej oczy stały się zamglone, usta rozchylone i spojrzała na niego.

Potem dała mu coś bardziej słodkiego i był kurewsko zachwycony, że to dostał.

„Poważnie…” - wyszeptała, prawie pełna czci, dużo bardziej niż urocza - jesteś niesamowity”.

Uwielbiał to, że tak czuła.

I miał nadzieję, że zawsze tak będzie.

Chace uśmiechnął się, zanim użył swojej ręki, by przyciągnąć ją do siebie i pochylił się, by móc pocałować jej nos. Mogli mieć publiczność, ale ona żuła gumę. Posmakował jej, zwłaszcza z dodatkiem mięty, więc nie wchodzili do środka przez piętnaście minut.

Potem odciągnął ją i powiedział - „Chodźmy do środka”.

Skinęła głową, zaczęła się odsuwać, a on ją puścił.

Poczekał, aż okrąży samochód, po czym ujął ją za rękę i poprowadził do oświetlonych frontowych drzwi.

Jeździł po tej okolicy przy wielu okazjach, gdy był na patrolu radiowozem i w różnych sprawach podczas swojej kadencji w CPD. Droga prowadząca do domu Goodknight’a nie kończyła się ślepym zaułkiem na wzgórzach na zachód od miasta, ale wiła się przez góry. Przy tej drodze znajdowały się rancza, kilka domów do wynajęcia dla mieszkańców i urlopowiczów, a wyżej na górze kilka dużych domów należących do zamożnych mieszkańców lub utrzymywanych jako drugie domy dla bogatszych nierezydentów. Od dawna wiedział, gdzie mieszkają Goodknight’owie, głównie dlatego, że po tym, jak zauważył Faye, dowiedział się, gdzie ich nazwisko jest na skrzynce pocztowej na ulicy i postarał się, aby ten dom trafił pod jego obserwację.

Ich dom był dwupoziomowy i wyglądało na to, że został zbudowany w latach 70-tych. Prawdopodobnie pokój rodzinny, jadalnia, kuchnia i inne pomieszczenia były ogólnodostępne na dolnym poziomie, salon i sypialnie na górze lub odwrotnie. Widząc, że z drogi nie można było zobaczyć podniesionego tarasu prowadzącego z wyższego poziomu, ale zamiast tego wykopane patio prowadzące z niższego, domyślił się, że obszary rodzinne znajdowały się poniżej.

Gdy się zbliżyli, o dziwo, nie zostali przywitani przy drzwiach. Zamiast tego Faye wpuściła ich bez pukania i podczas gdy Chace zamykał drzwi przed marcowym wieczornym chłodem w Kolorado, krzyknęła - „Jesteśmy!”

Wtedy to się zaczęło.

Coś, na co Chace uważał, że jest przygotowany.

Coś, na co nie był.

Wieczór w normalnym, przeciętnym rodzinnym domu z normalną, przeciętną rodziną, która była szalona, głośna, uparta, ale zabawna, niezmiernie bliska i żartobliwie kochająca.

Wciąż stali na wyłożonym kamiennymi płytkami podeście, na którym po lewej stronie znajdowało się pół schodów prowadzących do otwartego salonu, a przed nimi pół piętra w dół, prosto do kuchni.

Na okrzyk Faye dwaj chłopcy, jej siostrzeńcy, Jarot i Robbie, wbiegli po schodach. Starszy miał ciemnobrązowe włosy z nutą czerwieni. Młodszy miał włosy Faye.

Myślał, że ścigają się, by przywitać swoją ciotkę Faye, ale natychmiast odkrył, że tak nie jest, gdy obaj zatrzymali się przed nim z kołysaniem, odchylili głowy do tyłu i przemówili jednocześnie… głośno.

„Pokaż nam swoją odznakę!” - Jarot zażądał z okrzykiem.

Pistolet!” - wrzasnął Robbie.

Najwyraźniej podzielono się z chłopcami tym, że był gliną.

„Um… czy detektyw Keaton może pokazać wam swoją odznakę po tym, jak przywitacie się ze swoją ciocią Faye, przedstawię was detektywowi Keatonowi, a może się napijemy, usiądziemy i relaksujemy?” - Faye zasugerowała wyćwiczonym tonem, który był mieszanką lekkiej irytacji i „czy moi siostrzeńcy nie są uroczo niegrzeczni?”

„Racja” - Jarot cofnął się, podchodząc do Faye i pozwalając jej, z oczywistą niechęcią dziewięciolatka, na uściskanie go krótko i jeszcze krótsze cmoknięcie w policzek.

„Pistolet!” - powtórzył Robbie, skrzecząc i całkowicie ignorując ciotkę.

„Robbie! Zachowuj się!” - rzuciła kobieta, a oczy Chace’a powędrowały na schody.

Chace widział Faye w mieście ze swoją siostrą, Sondrą i Silasem i to właśnie jej siostra, Liza, się zbliżała.

Bóg uznał za stosowne obdarzyć Faye niezwykłymi niebieskimi oczami jej ojca i niezwykłymi kasztanowymi włosami jej matki. Uznał za stosowne obdarzyć Lizę Newman ciemnobrązowymi oczami matki i ciemnobrązowymi włosami jej ojca. Jedno i drugie było ładne, ale kombinacja Faye była powalająca, podczas gdy Liza była po prostu atrakcyjna.

Prawdę mówiąc, była atrakcyjna, ale jej włosy były krótko obcięte. Styl, który nosiła dobrze i pasował do niej, ale było to coś, czego Chace często nie uważał za pociągające. Miała dwoje dzieci, ale jej tyłek i cycki były mniej obfite niż u jej siostry przy sylwetce, którą obie kobiety odziedziczyły po matce. Ten sam wzrost, ta sama wąska talia, ciało jak klepsydra, nie opływowe. Oznaczało to, że zajęła się czymś więcej niż tylko bieżącą troską o swoje ciało i dlatego prawdopodobnie była na diecie. Nie wyglądała na wychudzoną ani w złym humorze, jakby potrzebowała kanapki, bo między śniadaniem a teraz zjadła tylko baton proteinowy. Ale nie był to też wygląd, który podobałby się Chace’owi.

Na koniec Faye miała na sobie małą dżinsową spódniczkę, przez szlufki której przewlekła jasną apaszkę, którą związała z jednej strony w kokardę. Na górze miała ciemnozielony, lekki sweter pod płócienną kurtką. Sweter dobrze pasował, a jego dekolt miał elementy, które układały się w ciekawy sposób, dzięki czemu sweter robił to, co tylko Faye mogła naturalnie zrobić. Pokazywał skórę i krzywe, nie podkreślając żadnego z nich, jednocześnie zwracając uwagę na oba.

Miała na sobie parę kowbojskich butów, jakich nigdy wcześniej nie widział, które były słodkie same w sobie, ale jeszcze słodsze na Faye. Płowy zamsz był mocno haftowany z jasnymi szwami. Szwy zawierały żółte i pomarańczowe detale, które były losowe: było tam trochę zielonych pnączy, a na końcu żywe różowe kwiaty.

W swoim stroju Faye wyglądała na tą, kim była. Pochodzącą z Kolorado góralką, która pracowała w bibliotece, a jej przodkowie pochodzili stąd, jej lud żył tam od tysięcy lat.

Jej siostra miała na sobie czarne spodnie z szerokimi nogawkami, które ciasno przylegały do jej wąskiego tyłka, skomplikowaną bluzkę, którą kupiła w Denver lub Nowym Jorku i parę wysokich, błyszczących czarnych butów na szpilkach, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż cały strój Faye. Jej makijaż był nieco ciężki, a ułożenie włosów zajęło jej znacznie więcej czasu niż Faye. Było to częściowo spowodowane tym, że włosy Faye wyschły w lśniącej prostej masie, więc nie musiała nic robić poza wsadzeniem w nie szpilki, jeśli poczuła potrzebę. Było tak głównie dlatego, że Liza nie tylko spędzała czas przy swoich włosach, ale też przy całym swoim wyglądzie i tak to wyglądało.

Normalnie Chace nie lubił spędzać czasu z takimi kobietami, głównie dlatego, że nie uważał je za atrakcyjne i zazwyczaj okazywało się, że są to kobiety, które myślały, że to robią w wielkim stylu.

Ale kiedy Liza dotarła na szczyt schodów, jej oczy skierowały się na niego i były ciepłe, na jej twarzy pojawił się otwarty, przyjazny uśmiech i jej atrakcyjność znacznie wzrosła.

Wzrosło jeszcze bardziej, kiedy wyciągnęła do niego rękę, mówiąc powitalnym głosem - „Chace, wspaniale cię poznać. Nie mogłam się doczekać, odkąd usłyszałam, że spotykasz się z moją młodszą siostrą”.

Uścisnął jej dłoń i odpowiedział - „Liza. Również miło mi cię poznać."

Puściła go i chwyciła obu chłopców za czubki głów, mierzwiąc ich włosy, „To są moje dwa szalone robale, Jarot…” - ponownie potargała mu włosy - „…i Robbie.” - kolejne potarganie dla Robbie’go - „Chłopcy, przywitajcie się z detektywem Keatonem, a potem wróćcie obaj na dół”.

Jarot podniósł rękę w szybkim pomachaniu i mruknął - „…lo, De-tetiw Keaton” - potem zrobił, jak mu kazano, i uciekł.

Robbie spojrzał na niego i powtórzył - „Chcę zobaczyć broń”.

„Przepraszam, kolego, nie zabrałem broni” - Chace skłamał, bo zabrał, ale była w jego SUV’ie.

Robbie trzymał się tego - „W takim razie chcę zobaczyć odznakę”.

Dłoń Lizy zsunęła się na jego kark, pochyliła się nad nim i rozkazała - „Odznaka później. A teraz przywitaj się, a potem zejdź na dół, kochanie”.

Spojrzał na matkę i zmrużył oczy, wyraźnie zirytowany.

Potem spojrzał z powrotem na Chace’a i powiedział nadąsany - „Lo” - zanim również odbiegł.

Liza spojrzała na Chace’a, dzieląc się - „Mówię sobie, że się popisuje, ale to jest zaprzeczenie. To moje dziecko i rozpieszczam go. Powinnam prawdopodobnie przestać to robić, ale nie mogę. Więc jego przyszła żona będzie musiała go uporządkować, a ja będę się po prostu dobrze bawić”.

Faye zbliżyła się, odchyliła do niego i wspięła na palce, by wyszeptać - „To nie jest dobry plan”.

„Jak zwykle zgadzam się z moją dziewczyną Faye” - dobiegł ich głęboki męski głos.

Chace spojrzał na schody i zobaczył niskiego, krępego, przedwcześnie siwiejącego, przystojnego mężczyznę, który wchodził po nich z powitalnym uśmiechem i mundurem góralskiego mężczyzny złożonym z dżinsów i flanelowej koszuli, który mocno kontrastował z ubiorem jego żony. Wyglądał też jak człowiek, który ma to w dupie. Był tym, kim był, a ona była tym, kim była i chociaż nie pasowali do siebie, jedno spojrzenie na ich dawało jasność, że na swój sposób pasowali.

Podniósł rękę, zanim dotarł do Chace’a, ale kontynuował mówienie, jak tylko ręka Chace’a chwyciła jego.

„Boyd Newman” - przedstawił się, wciąż się uśmiechając.

„Chace Keaton” - Chace powiedział coś, o czym ten już wiedział, nie tylko dlatego, że spotykał się ze szwagierką mężczyzny i bez wątpienia zostało mu to ogłoszone, ale także dlatego, że wszyscy w hrabstwie wiedzieli, kim on jest.

„Miło cię poznać, stary” - ścisnął mocno dłoń Chace’a, ale nie wojowniczo, tylko przyjaźnie, a potem złamali uścisk.

„Uch… zechcecie, żeby mężczyzna zszedł tu i napił się piwa, czy co?” - zawołał Silas z dołu schodów.

„Wezmę wasze kurtki” - mruknęła Liza i Chace podszedł do Faye, aby pomóc jej, zanim oddał ją, Lizie, teraz rozpromienionej, nie przegapiającej pomocy z kurtką swojej siostry. Potem zdjął swoją własną i dał jej. Wsunęła obie pod pachę i podeszła do drzwi na półpiętrze, które najwyraźniej były szafą.

Faye złapała go za rękę i poprowadziła go po schodach, na dole których puściła go, ponieważ nie miała wyboru, skoro Silas pochłonął ją w niedźwiedzim uścisku, który obejmował kilka serdecznych klaśnięć w plecy i kilka huśtawek. Puścił ją i wyciągnął rękę do Chace’a.

Chace wziął ją i usłyszał - „Chace, piwo, Bourbon, wódka czy co?”

„Silas. Piwo” - odpowiedział Chace.

Silas puścił jego rękę, ale podniósł swoją, mocno klepnął go w ramię, odsunął się i Sondra już tam była.

„Chace, cieszę się, że jesteś tutaj” - uśmiechnęła się do niego, podając mu rękę. Chace wziął ją i ścisnął, zastanawiając się, czy kiedy Faye dojdzie tego wieku, jej włosy zmienią się w tak atrakcyjnie srebrzystobiałe wokół jej twarzy, jak jej matki. Miał też nadzieję, że tak.

Sondra Goodknight, jak zawsze, nie nosiła żadnych fantazyjnych ciuchów. Również była bez makijażu.

Ładne dżinsy. Sweter z golfem, który podkreślał jej figurę, a delikatny beżowy kolor podkreślał jej cerę. Masywny, nisko wiszący naszyjnik wykonany ze srebra, turkusu i koralu, który wyglądał na vintage i był zdecydowanie rdzennie Amerykański.

Skarpety na nogach.

Rodzinna kolacja. Czas dla rodziny. Rodzina. Brak wysokich obcasów. Tylko wełniane skarpetki, a ponieważ chłopak jej córki był tam pierwszy raz, dorzuciła naszyjnik.

Tak, lubił Sondrę Goodknight.

„Dobrze tu być, Sondra” - mruknął.

Posłała mu promienny uśmiech podobny do Lizy, puścił jej rękę i Faye podeszła, by pocałować w policzek i wręczyć jej kwiaty.

„Są od Chace’a, mamo” - powiedziała matce, Sondra wzięła bukiet, a jej oczy powędrowały do kwiatów, a potem do niego i były jeszcze cieplejsze.

„Różowe. Idealne” - powiedziała łagodnie i skończyła. Wdzięczność łagodnie brzmiała w jej głosie, wyrażając uczucie kryjące się za słowami, ale bez przesady - „Dziękuję, Chace”.

Kiwnął brodą.

Uśmiechnęła się do niego i oznajmiła - „Włożę je do wody i jest jeszcze kilka rzeczy do dokończenia w kuchni. Wejdźcie i odpocznijcie.” - odwróciła się do córki, podniosła rękę, by lekko dotknąć policzka Faye, a potem szepnęła cicho - „Śliczna jak z obrazka” - opuściła rękę, ale przechyliła głowę w stronę pokoju dziennego i kontynuowała - „Weź swojego mężczyznę, rozgośćcie się, kochanie. Twój tata przyniesie piwo”.

Faye złapała go za rękę i poprowadziła w prawo, prosto w stronę kanapy w salonie.

Chace podążył za nią, a jego umysł był pochłonięty cichym głosem Sondry mówiącej Śliczna jak z obrazka.

Lekki dotyk. Pełen miłości komentarz do córki wygłoszony w cichy sposób, po którym było widać, że jest zwykle mówiony, ale to nie sprawiło, żeby komplement był mniej szczery. Zamiast tego wzmacniał go. Skarpety na stopach. Wygodna w jej domu. Pragnąca, żebyś też tak się czuł. Doceniła kwiaty, dała to do zrozumienia, ale nie przesadziła w sposób, który mógłby sprawić, że Chace czułby się nieswojo.

Gdy te myśli szybko przeszły mu przez głowę, Chace nie mógł powstrzymać się od zastanowienia, jak to będzie, gdy Faye w końcu spotka jego matkę.

Valerie Keaton nie miałaby na sobie wełnianych skarpet i pięknego, indiańskiego naszyjnika. Byłaby w zupełnie nowym stroju, który kosztowałby więcej niż Faye zarabiała w ciągu miesiąca. Bez wątpienia chwaliłaby Chace’a i zachowywałaby się kochająco i słodko. Byłaby też zdenerwowana, prawdopodobnie niezdarna z tego powodu, zawstydzona z tego powodu i, wreszcie, przesadnie przepraszająca. Próbowałaby też zbyt mocno być miłą i dlatego zdołałaby zadusić Chace i Faye w swoich wysiłkach, aby Faye była jak ona, a jednocześnie starając się przekonać Faye, że Chace może przenosić góry.

Poza Misty, którą zabrał tam z powodów, z których nie mógł tego uniknąć, Chace nigdy nie zabierał kobiet na spotkanie z matką, nie tylko dlatego, że nie miał kobiety, która byłaby na tyle ważna, by ją poznać, ale także dlatego, że jego mama musiałaby się nią zajmować. Chace zadał sobie wiele trudu, aby uniknąć rozdrażniania swojej matki, zanim jeszcze jego życie zamieniło się w gówno, z powodu możliwości odczucia ostatecznego bólu, który czuł, kiedy ona się denerwowała. Zbędne spotkanie z kobietą nie na tyle ważną dla niego, że nie było tego warte.

Faye Goodknight z pewnością spotka się z Valerie Keaton. Chace już to wiedział. Ale do tej chwili nie bał się tego.

Teraz zaczął się bać.

Ledwo wciągnął swój tyłek na kanapę, a jego kobieta ułożyła się w zgięcie jego ramienia, kiedy Robbie stanął przed nim.

Tym razem uderzył ręką w kolano Chace’a i zażądał -  „Odznaka!”

Chace odwinął ramię z Faye, pochylił się i wyciągnął swoją odznakę z tylnej kieszeni. Kiedy to robił, Liza podała Faye kieliszek wina i jego piwo.

Ale ona również pochyliła się i szepnęła cicho, ale wystarczająco głośno, że Chace mógł usłyszeć - „Moja młodsza siostra w końcu zaliczyła”.

Poczuł, że Faye sztywnieje u jego boku, nawet gdy jego wnętrzności się ścisnęły, kiedy wyczuł jej zakłopotanie.

Robbie, przegapiając to lub, co bardziej prawdopodobne, skupiony, warknął - „Odznaka!” ponownie z kolejnym uderzeniem w kolano Chace’a.

Liza kontynuowała - „Wypisane na tobie, kochanie. Niesamowite”.

Liza odsunęła się, uśmiechając się do siebie i robiąc wielkie oczy na Faye.

Kiedy zauważył, że Faye wpatrywała się w swoją siostrę zmrużonymi oczami, decydując się być zirytowaną, a nie zawstydzoną, więc Chace zdecydował, że ze względu na nią zignoruje to i skoncentruje się na jej siostrzeńcu.

Więc wyciągnął swoją odznakę do Robbie’go, który natychmiast wyrwał mu ją z ręki.

Faye podała mu piwo i wymamrotała - „Szkoda, że nie przyniosłeś broni”.

Tak, zirytowana.

I słodka.

Chace uśmiechnął się.

Robbie usłyszał Faye i zgodził się - „Tak! Broń!”

„Nie, broń, Robbie. Zamknij jadaczkę, dzieciaku, Jezu” - rozkazał Boyd, wchodząc z butelką piwa i siadając w jednym z czterech foteli rozrzuconych po całym pomieszczeniu. To dało Chace’owi wskazówkę, dlaczego Faye, która mieszkała samotnie, miała więcej foteli niż ktokolwiek, kogo znał.

Robbie odwrócił się do ojca i odpalił - „Sam zamknij jadaczkę”.

Twarz Boyda zmieniła się w wyraz taty, którego żadne dziecko nie chciało oglądać, a jego głos drżał, gdy powiedział jedno słowo - „Robert”.

Robbie zmarszczył twarz, po czym mądrze przestał się stawiać, opuścił głowę i zatracił się w studiowaniu odznaki Chace’a.

W tym momencie, znikąd, Jarot pojawił się przed nim.

„Zastrzeliłeś kiedyś kogoś?” - zapytał.

„Nie” - odpowiedział Chace.

Jarot wyglądał na zbitego z tropu, a głowa Robbie’go podniosła się, pokazując, że uważa, że sposób przesłuchania jego brata był ciekawszy niż odznaka Chace’a.

Jarot znów się ożywił i zapytał - „Kiedykolwiek strzelałeś do kogokolwiek?”

Ponieważ strzelał, aczkolwiek tylko z zamiarem ostrzeżenia i z zamiarem, że chybi, Chace spojrzał na Boyda, który teraz miał żonę siedzącą na poręczy jego fotela i jednym spojrzeniem zrozumiał całą historię. Liza popijała wino i wpatrywała się w syna, jakby właśnie po mistrzowsku zagrał na fortepianie cały utwór Chopina i zrobił to, używając wyłącznie siły swojego umysłu.

Boyd patrzył w sufit.

Nie było stamtąd pomocy.

Na szczęście, włączyła się Faye.

„Jarot, kochanie, ta rozmowa może się odbyć, kiedy będziesz miał dwadzieścia pięć lat”.

Chace poczuł, jak jego usta wykrzywiają się, ale Jarot tylko spojrzał na swoją ciotkę, z powrotem na Chace’a i nie poddał się.

„Zostałeś kiedyś postrzelony?”

„Nie - odpowiedział Chace.

„Ostrzelany?” - Jarot drążył wytrwale.

Chace milczał, bo był. To było wtedy, kiedy strzelił jako ostrzeżenie, chybił, wystraszył ćpuna i, tak jak miał zamiar, a ćpun upuścił broń. Nie zamierzał tego powiedzieć Jarot’owi ani Faye.

Faye odczytała prawidłowo jego milczenie, a jej ciało stwardniało obok niego, więc podniósł rękę i owinął ją ponownie wokół niej.

„Jarot” - powiedziała cicho, kiedy przysunął ją do siebie.

Jarot ponownie zmienił taktykę - „Aresztowałeś kogoś?”

„Tak” - odpowiedział Chace.

Wiele osób?” - Jarot kontynuował przesłuchanie.

„Mój sprawiedliwy udział” - powiedział mu Chace.

Super” - szepnął.

„Hej” - odezwał się Robbie i Chace spojrzał na niego, aby zobaczyć jego głowę przechyloną na bok i wykrzywioną twarz - „Dlaczego trzymasz ciocię Faye?”

„Bo jest moją dziewczyną” - odparł Chace.

Jego górna warga zacisnęła się na nosie i powiedział z niesmakiem - „Ciocia Faye jest twoją dziewczyną?”

„Robert” - uciął Boyd, a Robbie odwrócił się do ojca.

„Ona jest obrzydliwa!” - krzyknął, a następnie natychmiast podzielił się powodami swojej opinii - „Ona daje niechlujne buziaki!”

„Tylko tobie, kochanie” - powiedziała mu Liza, a jej roztańczone oczy skierowały się na Faye, zanim kontynuowała - „Mam nadzieję, że daje detektywowi Keatonowi inne rodzaje pocałunków”.

„Wszystkie pocałunki są niechlujne…” - odparł Robbie z autorytetem, po czym skończył - „…i obrzydliwe”.

„Zaufaj swojemu ojcu, chłopcze, nie są” - poinformował go Boyd z prawdziwym autorytetem, którego Robbie kompletnie nie zauważył.

„Są…” - nie zgodził się Robbie - „Wiem, bo Molly ciągle mi je daje na przerwie i są obrzydliwe”.

„Dziewczyna Robbie’go to Molly” - powiedział Jarot, po czym spojrzał na swojego brata - „Molly i Robbie siedzą na drzewie, ca…a…a…łuuuu…jąc siee-ę” - zaśpiewał, uśmiechając się do brata jak złośliwy dzieciak.

Chace był zaskoczony, że dzieciaki ciągle sobie tak dokuczały, ale najwyraźniej tak.

Robbie pochylił się nad swoim bratem, znowu wykrzywiając twarz, ale tym razem w inny sposób - „Zamknij się, Jarot!”

„Zamknij się, Robbie” - odpalił Jarot, pochylając się.

„Będę miała tylko dziewczynki” - wyszeptała Faye, a Chace przełknął chichot, ale zrobił to, ściskając ramię wokół Faye.

Potem zawołał - „Yo” - i obaj chłopcy spojrzeli na niego.

„Robbie, oddaj mi moją odznakę.” - Robbie wyglądał na gotowego do odrzucenia tego rozkazu, dopóki Chace ponownie nie zdjął ręki z Faye. Po szybkiej ocenie od stóp do głów Chace’a, po której prawidłowo upewnił się, że Chace może go złapać, przemyślał to i szarpnął odznakę Chace’a w jego stronę. Chace wziął ją, ale nie schował. Zamiast tego pokazał im to i zapytał - „To dla was jest spoko?”

Obaj chłopcy chciwie pokiwali głowami na zgodę, wpatrując się w jego odznakę.

Chace schował ją w pięści i skupił ich spojrzenia na swojej twarzy.

„Mielibyście rację. Jest. Jak mężczyzna to ma, nie mówi, że dziewczyna są obrzydliwa i nie mówi nikomu, żeby się zamknął. Nawet swojemu bratu. Nawet kiedy brat mu dokucza. Jest spoko, bo on jest spoko. Nie dostaniesz takiej, chyba że możesz być spoko. A teraz, czy możecie być spoko?”

„Potrafię być spoko” - zaoferował natychmiast Jarot, a Chace uznał, że może, ale Robbie najwyraźniej musiał się nad tym zastanowić.

„Robbie?” - podpowiedział Chace i Robbie spojrzał na niego.

Potem Robbie udowodnił, że może być przestępcą, ale był uczciwy.

„Może” - odpowiedział.

„A może tak będziesz zachowywał się tylko dzisiejszego wieczoru?” - zasugerował Chace - „Nigdy więcej nazywania cioci Faye obrzydliwą”.

Głowa Robbie’go znów przechyliła się na bok i poprosił o wyjaśnienie - „Czy mogę nazwać ją obrzydliwą, jeśli mnie pocałuje?”

„Nie” - odpowiedział Chace.

Usta Robbie’go poruszyły się przez chwilę, zanim zapytał - „Czy mogę walczyć z Jarot’em?”

„Nie” - powtórzył Chace.

Usta Robbie’go poruszyły się jeszcze bardziej, gdy Chace stłumił chęć do śmiechu.

„No cóż, ja jestem spoko” - wtrącił w tym momencie Jarot, wyprostowany, wyniosłym głosem, patrząc z góry na Robbie’go.

„Bo jeśli tak, De-tetiw Keaton szepnie za mną dobre słowo, kiedy zostanę gliną. A pierwszą osobą, którą aresztuję, będziesz…” - pochylił się do brata i dokończył - „…ty”.

„Nie aresztujesz mnie!” - krzyknął Robbie.

„Aresztuję!” - odkrzyknął Jarot.

„Jezu” - mruknął Boyd.

„O co chodzi z tymi krzykami?” - krzyknął Silas, wchodząc do pokoju z własnym piwem. Zatrzymał się i spojrzał na swoich wnuków - „Co? Mężczyzna pozbywa się krzyków i walczących dzieciaków z domu tylko po to, by dzieci jego dzieci wrzeszczały i walczyły przychodząc do niego? Uff. Dajcie spokój starcowi” - powiedział do chłopców.

„Ale Jarot powiedział, że mnie aresztuje” - bronił się Robbie.

„Prawdopodobnie to zrobi, jak nie poprawisz swojego zachowania” – odpowiedział Silas - „Dobry czas na rozpoczęcie jest teraz. Wasza babcia nakrywa do stołu. Przydałaby się jej pomoc”.

Faye wykonała ruch, aby wstać w tym samym czasie co Liza, ale to Faye powiedziała cicho - „Ja pomogę, tato”.

„Siedź na tyłku, jak odwiedzasz staruszka, a chłopcy pomogą babci” - odpowiedział Silas, po czym spojrzał w dół na Jarota i Robbie’go, unosząc brwi - „Chłopcy?”

Jarot wyszedł.

Robbie zawahał się.

„Robert” - ostrzegł Boyd.

Robbie rzucił swojemu ojcu buntownicze spojrzenie, zanim też wyszedł.

Chace schował odznakę do kieszeni i ponownie objął Faye ramieniem.

Silas usiadł na innym fotelu.

„Żebyś wiedział, że ona może być cicho i zawsze była słodka jak miód, ale skrywała w sobie demona” - poinformował go Silas, nie robiąc ani trochę wstępu, a Chace starał się jak mógł, żeby się nie gapić - „Za tymi włosami kryje się temperament, synu. Więc moja rada, nie daj się na to nabrać u Faye”.

„Całkowicie” - zgodziła się Liza.

„Hej, no co” - wtrąciła Faye, poruszając się niewygodnie u jego boku.

„Nie zachowuj się niewinnie” - powiedziała jej Liza, po czym spojrzała na Chace’a - „…goniła mnie po domu z nożyczkami”.

„Nieprawda!” - Faye odparła gorąco - „Ty goniłaś Jude’a”.

„Ty mnie goniłaś z nożyczkami. Jude gonił ciebie z rozpalonym pogrzebaczem”.

Poczuł, że Faye odwróciła się, by na niego spojrzeć, spojrzał na nią, a ona potwierdziła - „To rzeczywiście się wydarzyło”.

„I rzeczywiście ścigała mnie nożyczkami” - Liza odwróciła ich uwagę, powtarzając.

„Lizo, nie zrobiłam tego” - odparła Faye.

„Całkowicie to zrobiłaś” - odpaliła Liza.

Faye poddała się i spróbowała czegoś nowego - „A ty mnie ciągnęłaś za włosy”.

„Ty też” - odpowiedziała Liza.

„Oczywiście, że to robiłam, ponieważ ty to robiłaś. To wymagało środków odwetowych i to był mój jedyny wybór” - odpowiedziała Faye.

Liza zrezygnowała z Faye i spojrzała na Chace’a - „Zmieszała też cały mój makijaż”.

Faye nie zrezygnowała z Lizy i pochyliła się w jej kierunku - „To dlatego, że powiedziałeś Danny’emu, że się w nim podkochuję”.

Brwi Lizy uniosły się do góry - „Więc?”

„Nie podkochiwałam się w Dannym!” - Faye odpaliła - „Podkochiwałam się w jego bracie Dillon’ie! Danny myślał, że go lubię, więc pocałował mnie na oczach Dillona.” - opadła plecami na kanapę, wyciągając rękę - „I tak straciłam szansę do Dillona”.

„Jakbyś chciała mieć tę szansę” - Liza mruknęła szczerą prawdę Boga.

„Nie, ale gdyby Dillon to chciał, spróbowałabym” - odpowiedziała Faye i teraz ona skłamała.

„Teraz cieszę się, że mam chłopców” – powiedział Boyd do nikogo.

„Kim jest Dillon?” - Chace zapytał Faye i z jakiegoś powodu Liza uznała to za zabawne i wiedział o tym, ponieważ wybuchnęła śmiechem.

„Nikt” - mruknęła Faye, wpatrując się w siostrę przez pokój.

„Najsłodszy chłopak w szkole” - odpowiedziała Liza i Chace spojrzał na nią - „Albo był. Teraz ma brzuch piwny wielkości Teksasu, ma trzydzieści jeden lat i pracuje nad żoną numer trzy, dzieckiem numer pięć i nadal uważa, że jego rzeczy nie śmierdzą, bo czternaście lat temu był kapitanem drużyny piłkarskiej”.

Jezu, Chace znał tego faceta.

„Dillon Baumgarner?” - zapytał.

„Znasz go?” - zapytała Liza.

Tak, niestety. Facet był kutasem, który, Liza miała rację, miał ogromne brzuszysko i myślał, że jego gówno nie śmierdzi. Niestety, z zadziwiającą częstotliwością potrafił przekonywać kobiety o tym fakcie. Przechodził przez nie jak wodę, bez względu na to, czy był z nimi związany legalnie, czy nie. To nie był jedyny powód, dla którego był kutasem. Był po prostu kutasem.

Chace się tym nie podzielił.

Spojrzał tylko na Faye, walcząc z uśmiechem i mówiąc cicho - „Dobrze, że wytrzymałaś, Słonko”.

Liza znów wybuchnęła śmiechem. Boyd zachichotał. Silas uśmiechnął się do nich obu.

W tym momencie Sondra weszła na pół metra do pokoju i oznajmiła: „Zupa jest. Chodźcie i weźcie”.

Potem natychmiast wyszła.

Najwyraźniej jak Sondra przemówiła, wszyscy słuchali, ponieważ natychmiast wszyscy się ruszyli.

Ale kiedy wyszli z pokoju, Silas dogonił Chace’a, obejmującego Faye ramieniem, podczas gdy Faye odwzajemniała gest i powiedział - „Nożyczki, Faye ma rację. Liza ścigała z nimi Jude’a”.

„Widzisz?” - Faye skierowała to do pleców swojej siostry.

„Chociaż…” - kontynuował Silas - „…pomysł miała od Faye”.

„Nieprawda!” - Faye warknęła, przekręcając głowę, by móc skierować swoje spojrzenie na ojca.

„Kochanie, dałaś jej go” - odpowiedział, po czym spojrzał na Chace’a.

„Wpadła w kłopoty, siedziała z tego powodu w kącie przez pół godziny, a następnie napisała raport dla swojej nauczycielki drugiej klasy, co spowodowało, że kobieta zadzwoniła do jej mamy i wezwała nas do szkoły”.

Przeszli przez kuchnię do jadalni po drugiej stronie domu, a Silas dalej się dzielił.

„Nie wiedziała, co z tym zrobić. Powiedziała, że raport jest na znacznie wyższym poziomie niż siedmiolatki, którą znała. Powiedziała też, że była zaniepokojona, że chodzi o okrucieństwo rodziców. Przekonaliśmy ją, że nasza Faye ma żywą wyobraźnię. Ponieważ już to zauważyła, na szczęście nie było trudno ją przekonać”.

„Historia nożyczek” - mruknęła Sondra, najwyraźniej podsłuchując.

„Chace się dowiaduje” - powiedział Boyd, po czym spojrzał na Chace’a - „Przyzwyczai się, człowieku. Przydarzyło mi się to dziesięć lat temu. Odbyłem około dwóch tuzinów wizyt, aby wypalić historie. Nie wiedziałem, czy myśleć, że złapałem gorącą, czy przenieść się do innego stanu”.

„Opowieści o Faye będą lepsze, ponieważ ma to nieśmiałe i wycofane zachowanie” - wtrąciła Liza, kręcąc się nad serwetką Robbie’go na jego kolanach, podczas gdy on wciskał jej ręce i patrzył w bok jej głowy - „Nikt nie spodziewałby się, że jej temperament pasuje do jej włosów”.

„Nauczyłem się tego sam trzydzieści cztery lata temu, ale moją nauczycielką była jej matka” - dodał Silas, siadając w szczycie stołu - „Wiedziałem, jak moja córeczka wyszła z tym czerwonym meszkiem na głowie, że miałem kłopoty. I nie myliłem się. Chociaż, w połowie przypadków, kiedy gada, chodzi o ojców z kawałkami wyciętymi z mózgów lub o Dartha Vadera i nie wiem, o co jej do cholery chodzi”.

„Uh… czy komuś by przeszkadzało, jeśli byśmy przestali zachowywać się, jakbym miała piętnaście lat, a Chace był moim chłopakiem z liceum, którego wszyscy próbujecie przestraszyć na śmierć i może byście pamiętali, żeby zachowywać się stosownie do wieku?” - Faye zasugerowała, wpatrując się w ojca w tym samym czasie, wskazując na krzesło, które Chace złapał, gdy kazała mu posadzić tam tyłek.

„Nie” - od razu zaprzeczyła Liza.

„Nie” - Silas odparł sekundę później, a zrobił to, potrząsając serwetką przy boku i uśmiechając się do córki.

„Nie robiłam ci tego” - Faye odpowiedziała Lizie, gdy siadała na krześle obok niego, więc Chace ruszył, by je odsunąć.

Rzuciła mu mały, roztargniony uśmiech, zanim zajęła swoje miejsce.

„Nie, nie zrobiłaś. Ale popierasz Boyda we wszystkich naszych kłótniach, więc to jest odwet za to” - odpowiedziała Liza.

„Co powiecie na to” - zaczęła Sondra, siedząca u stóp stołu - „Spędziłam właśnie godzinę na gotowaniu, godzinę wcześniej na pieczeniu ciasta i pół dnia na sprzątaniu domu. Chciałabym cieszyć się posiłkiem i moją rodziną. Nie byłam zachwycona tym przekomarzaniem się, kiedy byliście nastolatkami. Teraz mniej mi się podoba. Więc co powiecie na to, że zjemy i będziemy zachowywali się jak dorośli. Czy tak będzie dobrze dla kogoś oprócz mnie?”

„Dla mnie tak” - stwierdziła natychmiast Faye.

„Założę się” - mruknęła Liza.

„Liza” - powiedziała Sondra tonem podobnym do tego, jakiego Boyd używał do swoich chłopców, z wyjątkiem że kobiecym. Najwyraźniej nie można było temu zaprzeczyć, ponieważ twarz Lizy natychmiast przybrała wyraz twarzy trzydziestodwuletniej kobiety, która sprawiała, że wyglądała prawie tak uroczo jak jej siostra, tylko bardziej wyrafinowanie i Chace w końcu zrozumiał, dlaczego Boyd tak to lubił.

To był kolejny dowód na to, że Sondra mówiła, ludzie słuchali.

Przekomarzanie się skończyło.

Chace natychmiast za tym zatęsknił.

Nie było to brzydkie ani bolesne. To było wspominkowe, nostalgiczne, żartobliwe i choć gorące, pod tym upałem panował inny rodzaj ciepła. To było ciepło, którego Chace nigdy wcześniej nie czuł. Czuły rodzaj, który potwierdzał, że są to wspólne wspomnienia i niezależnie od ich niepokojącego charakteru, nie było można przegapić w tym miłości. Po prostu przekształciło się to w zabawne anegdoty, które dawały okazję do dokuczania, ale przekomarzania się pełne miłości, które nie pozostawiłyby nikogo z nieprzyjemnymi uczuciami.

To nie był pierwszy dom rodziców jego koleżanek, który odwiedził. To nie była jego pierwsza taka kolacja.

Ale to było najciekawsze i nigdy nie czuł się tak komfortowo.

Rozdawano jedzenie, a Chace zauważył, że kwiaty, które kupił Sondra postawiła na środku stołu, jako cichy, ale rozważny znak jej wdzięczności. Liza opiekowała się Robb’iem, który był u jej boku. Faye miała oko na Jarota, który był u niej. Sondra nie spuszczała oka z obu wnuków, którzy ją otaczali.

Co zaskakujące, nawet Robbie pilnował swoich manier przy stole. Oczywiście przez resztę czasu był swobodny, ale kiedy był przy posiłku, miał być cicho i zachowywać się przyzwoicie, i tak było. Jedzenie było pyszne i znajome, ponieważ Sondra najwyraźniej nauczyła córkę gotować.

To też sprawiało, że czuł się komfortowo.

Rozmowa była lekka, łatwa i przebiegała naturalnie.

Chace od samego początku został wciągnięty przez Silasa i Boyda do rozmowy o sporcie, a w doświadczony sposób Sondra, Liza i Faye zachowały milczenie, ale nie zostały usunięte, gdy to robiły.

Chace brał udział w dyskusji na temat lawiny z mężczyznami, słuchając Faye, która przypominała matce, że wiosna zbliża się do Gór Skalistych i pytała ją, czy w tym roku pomogłaby jej ponownie z kwiatami przy bibliotece.

Więc to była jego odpowiedź. Faye sadziła te kwiaty z matką.

Coś było w tym, że wiedza o tym, że córka i matka pracowały ramię w ramię, aby stworzyć piękno przy budynku, który nie należał do nich, ale do miasta, również sprawiła, że poczuł się dziwnie komfortowo.

Rozmowa naturalnie się zmieniła i znowu ten zwrot był czule gorący, ponieważ stał się polityczny, a polityka przy stole szybko się wyłamała, bo byli ściśle podzieleni ze względu na płeć. Mężczyźni, byli zagorzałymi konserwatystami. Kobiety, zdecydowanie liberalne.

Przez ten spór  Chace pozostał neutralny, trzymając usta zamknięte, dopóki Boyd nie rozłożył rąk, spojrzał prosto na niego i błagał - „Człowieku, pomóż nam. Wyrównaj do licha szanse”.

„Boyd, nie mów do licha!” - Liza warknęła.

„Dlaczego?” - Boyd odciął się.

„Chłopcy!” - syknęła.

Boyd spojrzał na Jarota.

„Jarot, kolego, co to znaczy licha?” - zapytał.

„Boyd!” - Liza wciąż syczała.

„Uh…” - Jarot wyglądał wtedy na zakłopotanego, zabawnego i wyraźnie niewzruszonego gorącymi słowami rodziców, spróbował - „Licha znaczy, hmmm… licha?” - zapytał w odpowiedzi.

„Widzisz?” - Boyd odgryzł się Lizy.

Liza spojrzała na niego, a potem spojrzała na Jarota - „Masz rację, kochanie. Licha oznacza po prostu licha. A teraz proszę, nie mów tego w szkole, no cóż… nigdy”.

„Na miłość boską, to tylko do licha” - w tym momencie do rozmowy włączył się Silas.

„Tato!” - Teraz Liza warczała na ojca.

„O mój Boże, tato” - wyszeptała Faye, także do ojca.

„To chłopiec” - Silas wzruszył ramionami - „Chłopcom musicie pozwolić na pewne rzeczy”.

„Zaczynamy” - mruknęła Faye do swojego talerza, a Chace spojrzał na nią, by zobaczyła jej brodę schowaną w szyję, a jej oczy skupiły się z baczną uwagą na jej jedzeniu.

„Um… przepraszam?”

To pochodziło od Sondry i nie był nigdy przy tym stole, kiedy kolacja nie została do końca skonsumowana, tort urodzinowy, który miał nadejść, nie był odległy, dlatego nie znał dobrze Sondry, ale wciąż znając ją niecałą godzinę Chace wiedział, że jej ton był niebezpieczny.

„Teraz…” - zaczął Silas, ale Sondra mu przerwała.

„Nawet nie zaczynaj”.

„Sondra…” - Silas spróbował ponownie.

„Nie” - ponownie przerwała Sondra - „Nie ma różnych zasad dla dziewcząt i chłopców, Silas. Próbowałeś tego z Jude’m i wtedy mi się to nie podobało. Nie możesz spróbować ponownie z Jarot’em i Robb’iem”.

„Bez urazy, Sondra, ale osobiście nie obchodzi mnie, jeśli mój dzieciak tak mówi, a on jest moim dzieckiem” - wtrącił Boyd.

„Cóż, mnie osobiście obchodzi” - odparła Liza - „A jest też moim dzieckiem”.

„Wy, dziewczyny, tego nie lubicie, nigdy tego nie lubiłyście” - zaczął Silas, jakby było mu to wszystko jedno - „Ale to nie ma znaczenia, rzeczy mają się inaczej między chłopcami i dziewczętami, mężczyznami i kobietami. Tak właśnie jest, tak będzie zawsze”.

„Och, chorobcia” - Faye znów mruknęła do swojego talerza.

„Nie mają!” - Liza powiedziała niemal okrzykiem.

„Kocham cię, Liza kochanie, ale tak jest” - odpowiedział Silas.

Oczy Lizy przesunęły się na siostrę - „Proszę, Boże, powiedz mi, że ten jeden…” - wskazała głową na Chace’a - „…jest oświecony, ponieważ ci dwaj…” - wskazała głową na Boyda i Silasa przy końcu stołu - „…nie są”.

„Cóż, uh… Chace jest trochę staromodny” - niestety podzieliła się Faye - „Nie pozwala mi za nic płacić i nigdy nie pozwala mi nalewać własnego drinka”.

„Dobry człowiek” - mruknął Silas, kiwając głową Chace’owi.

„W porządku” - mruknął Boyd, uśmiechając się do Chace’a.

„Dżentelmeńskie zachowanie nigdy nie będzie staromodne” - Sondra włączyła się, nie odrywając oczu od Chace’a - „Cieszę się, że jesteś dżentelmenem, Chace. Ale bez presji, jeśli sprawy potoczą się naprzód i twoje dzieci pewnego dnia zasiądą przy tym stole, mam nadzieję, że nie będzie ci dobrze, gdy będą mówiły do licha”.

Chace nie miał szansy na odpowiedź, co było dobre, ponieważ nie zamierzał odpowiadać. Było tak przede wszystkim dlatego, że jeśli on i Faye mieliby chłopców, nie obchodziłoby go, czy mówiliby do licha, ale jeśli mieliby dziewczynki, nigdy w życiu. Z tej rozmowy wiedział, że połowa zasiadających wokół tego stołu, w wieku uprawniającym do legalnego picia, nie przyjęłaby tego zbyt dobrze.

Ale nie miał okazji odpowiedzieć, ponieważ oczy Sondry skierowały się na Faye i doszła do wniosku - „Lub choroba”.

„Lubię choroba!” - Robbie podzielił się w tym momencie, niestety dla swojej ciotki, kontynuował - „To jest świetne!”

„Chorobcia” - wyszeptała Faye, a Chace włożył trochę wysiłku, by nie robić tego, na co miał przemożne pragnienie, czyli wybuchnąć śmiechem nie tylko z szeptu Faye i komentarza Robbie’go, ale także z tego, że Liza i Sondra odwracały w jej stronę rozwścieczone oczy.

Boyd czuł to, co czuł Chace, a Chace wiedział o tym, ponieważ nie powstrzymał się od śmiechu. Po prostu z nim ryknął.

Silas uśmiechnął się do wnuka.

Liza i Sondra otworzyły usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy zadzwonił telefon Chace’a i wszystkie oczy przy stole zwróciły się do niego.

„Jestem pod telefonem, muszę to odebrać” - mruknął, wyciągając go z tylnej kieszeni - „Przepraszam. Odbiorę w drugim pokoju”.

Zobaczył kilka wyrozumiałych kiwnięć głową, zanim wstał z krzesła i spojrzał na wyświetlacz swojego telefonu.

Ukrył swoje zmieszanie z powodu tego, co przeczytał, gdy nacisnął przycisk, aby odebrać połączenie.

Potem szedł szybkimi, długimi krokami wokół stołu w kierunku kuchni i przyłożył telefon do ucha, mówiąc - „Keaton”.

„Człowieku, cholera, kurwa, stary” - powiedział mu do ucha Deck, a brzuch Chace’a zacisnął się, gdy szedł szybciej, by dostać się do salonu.

„Co?” - zażądał nisko.

Zawahał się wtedy - „Kurwa, człowieku”.

„Deck” - uciął cicho i zatrzymał się w salonie.

„Daj mi to. Co?”

„Znalazłem twoje dziecko” - powiedział Deck, ale jego ton nie był dobry, a zaciśnięte wnętrzności Chace’a skręciły się.

„Mów” - rozkazał.

„Rozmawiałem ze starym facetem w zaułku”.

„Banita Al?” - zapytał Chace.

„Tak, jeśli to ten stary facet, co mieszka w alejce za kawiarnią. Rozmawiałem z nim wcześniej. Mężczyzna był narąbany. Rozmawiałem z nim dziś wieczorem, był tylko trochę i brzmiał z sensem. Widział dzieciaka. Poszedłem za nim od razu. Powiedział mi, gdzie iść. Jest powód, dla którego nie mogłem go złapać, bo to za utartym szlakiem nie ma traktu. Znalazłem go w szopie, we wschodniej części miasta, na wzgórzach, daleko stąd. Wygląda na to, że szopa ma jakieś dwieście lat. Długo zapomniana. Zdecydowanie nie naprawiana. Zapewnia pewną ochronę przed warunkami atmosferycznymi, ale to wszystko. Ma dach, dziury, śnieg w środku, ale zawsze coś.”

„Przejdź do rzeczy, Deck” - warknął Chace.

„Jest też powód, dla którego nie przyszedł do ciebie i twojej kobiety” - powiedział cicho Deck.

„Powiedz to.”

„Dzieciakowi wpieprzyli, bracie. Twarz popierdolona, ramię popieprzone, spojrzałem na to, złamane, a noga wygląda, jakby została złapana w pułapkę. Widziałem ślad krwi na śniegu. Doczołgał się do tej szopy z miejsca, gdzie został pobity. Musiał się dźwigać na rękach, co oznacza, że też są popieprzone, wciąż ma na sobie rękawiczki, zmasakrowane, bracie, wysuszony, krwawy bałagan. Ale przez tydzień był sam w tej szopie, ranny bez lekarstw…”

Wziął słyszalny wdech - „Złapałem puls, słaby, ale był. Wezwałem karetkę. Miał szczęście, że miał ten śpiwór, inaczej by go nie było, hipotermia na szczycie traumy i może szoku. Poza tym miał wpieprzone. Ciągnął gówno blisko siebie, żeby coś zjeść, zdobyć wodę, ale podejrzewam, że zrezygnował z tego kilka dni temu. Nie jedząc, nie pijąc, nogi, ręce, ręce i twarz są popieprzone, był nieprzytomny, Chace. Nie mogłem go obudzić, więc może nawet w śpiączce. Zabierają go teraz do szpitala. Jestem w moim pickupie, podążam za nimi. Szpital hrabstwa.”

„Faye i ja będziemy tam za dwadzieścia minut” - powiedział mu natychmiast Chace.

„Racja” - odparł Deck.

„Zrób mi kolejną przysługę. Zadzwoń na posterunek. Zaprowadź kogoś do tej szopy. Podążaj tym śladem krwi. Chcę wiedzieć, skąd szedł, jak został złapany w tę pułapkę. Chcę, żeby poszli w jego widoczne ślady. Nie mieliśmy śniegu od zeszłego tygodnia. Pokażą, dokąd poszedł i skąd nadchodził. Jak zaprowadzi do czegokolwiek interesującego, niech nie zbliżają się. Oni mi powiedzą. Kiedy wsadzę Faye do mojego SUV’a, zadzwonię do siebie, aby potwierdzić twoją komunikację. Ale chcę, żeby ruszyli teraz”.

„Racja” - powtórzył Deck.

Chace zaczął wracać do jadalni, mrucząc - „Dzięki, Deck”.

„Nie, dziękuj, bracie. Powinienem wrócić do tego bezdomnego kilka dni temu”.

Chace zatrzymał się w kuchni i powiedział stanowczo - „Nie wróciłeś. Ale znalazłeś go. Teraz otrzyma pomoc”.

Deck milczał przez chwilę - „Tak”.

„Do zobaczenia za dwadzieścia” - stwierdził Chace.

„Później, bracie” - mruknął Deck.

„Później” - odparł Chace i rozłączył się.

Wciągnął powietrze.

Następnie podszedł do szerokiego otworu, który prowadził do jadalni i wszystkie oczy skierowały się na niego.

Patrzył tylko na Faye.

„Faye, mała, muszę z tobą chwilę porozmawiać” - zawołał delikatnie.

Ona też miała oczy tylko na niego, a jej oczy były szeroko otwarte i przestraszone.

Patrzył, jak jej twarz blednie, a jej usta układają ciche słowo - „Malachi”.

Ale to Silas przemówił głośno.

„Wszystko w porządku, synu?”

Chace oderwał wzrok od Faye i spojrzał na jej ojca.

„Nie”

Na jego słowo Faye odsunęła krzesło i okrążyła stół.

Kiedy się zbliżyła, złapał ją za rękę i przeniósł się z nią do salonu.

Słyszał pomruki z drugiego pokoju, ale był skupiony.

Kiedy zatrzymali się w salonie, byli z nimi Silas, Boyd i Sondra.

Zignorował to i przysunął się do Faye. Podniósł rękę, żeby zsunąć włosy z jej ramienia, po czym owinął ją wokół jej szyi i przysunął twarz do siebie.

„Deck znalazł Malachi’ego. Został ranny. Nie jest dobrze. Zabierają go teraz do szpitala hrabstwa, więc musimy jechać, mała”.

„Pójdę po nasze kurtki” - odpowiedziała natychmiast, oderwała się od niego i pobiegła na schody.

„Pojadę z wami” - oznajmił Silas.

Chace spojrzał na mężczyznę - „To nie jest…”

„Pojadę z wami” - powtórzył Silas, przez chwilę trzymając wzrok Chace’a, po czym zwrócił się do swojej żony.

Zanim zdążył się odezwać, dała mu to, czego potrzebowali on, ich córki i wnuk.

„Jarot dostanie swój tort, wtedy tam będę” - szepnęła.

Silas skinął głową i poszedł za córką.

„Potrzebujesz czegoś, człowieku?” - zapytał Boyd, a Chace pokręcił głową.

„Zadzwonimy, jakbyśmy…” - mruknął.

Boyd skinął głową.

Liza pokazała się w wejściu do pokoju - „Wszystko w porządku?”

Boyd podszedł do niej, mrucząc - „Później, mała, wróćmy do naszych chłopców”.

Chace patrzył, jak Liza patrzy badawczo na męża, ale nie mrugnęła i wyszła za nim z salonu przez kuchnię do jadalni. Boyd objął ramieniem żonę, a Liza odwzajemniła się, owijając go swoją w pasie. Sondra podeszła do Chace’a, podniosła rękę, owinęła ją wokół jego bicepsa i ścisnęła, zaglądając mu w oczy, z uchem przyciśniętym do ramienia, w oczach ciepłych i zmartwionych.

Faye wbiegła do pokoju zarówno niosąc płaszcz, jak i wyrywając swoje włosy z kołnierza.

Zatrzymała się kołysząc, podała mu jego kurtkę i szepnęła - „Chodźmy Słonko”.

Skinął głową, wziął kurtkę, odwrócił się do Sondry i powiedział cicho - „Kolacja była świetna, przepraszam, że ją skróciłem”.

Jeszcze raz ścisnęła jego biceps, zanim go puściła, i wyszeptała - „Jedźcie bezpiecznie. Zadzwońcie do nas, jeśli pojawią się wiadomości. Do zobaczenia za chwilę”.

Znowu skinął głową, wzruszył ramionami w kurtce, podczas gdy Faye uściskała matkę.

Potem wziął ją za rękę, poprowadził do schodów i mocno trzymał ją za rękę, kiedy wydawało się, że próbuje walczyć ze sprintem do samochodu.

Wsiedli, wyjechali na drogę, a Wrangler Silasa Goodknight’a podążał za nimi i jego światła cały czas były widoczne w jego lusterku wstecznym.

„Wszystko będzie w porządku” - wyszeptał.

„Okej, Chase”

„Będzie z nim dobrze”

„Okej, Słonko”

Ścisnął palcami jej palce.

Jej ścisnęły jego w odpowiedzi.

Wtedy puścił ją i wyciągnął swój telefon.

Po wydaniu poleceń dyżurnemu na komisariacie, Chase przekroczył ograniczenie prędkości w drodze do szpitala.


 



[1] Quinceañera - tradycyjna huczna uroczystość odbywająca się z okazji piętnastych urodzin dziewczyny, obchodzona wśród Latynosów, symbolizująca jej wejście w dorosłość.

6 komentarzy: