piątek, 15 października 2021

13 - Słodka (cz.1)

 

Rozdział 13

Słodka (cz.1)

Chace

 

 

„Słodka”

Deck mówił tak cicho, że Chace ledwo go słyszał przez skrzypiący śnieg.

Chace nie przetworzył słowa, ponieważ jego umysł był pochłonięty.

Był pochłonięty faktem, że szli przez ciemny las u podnóża wschodnich wzgórz otaczających miasto i robili to od dziesięciu minut. Przez ostatnie pięć stale szli pod górę.

Odkąd opuścili Sioux Street, ulicę najbardziej wysuniętą na wschód, która graniczyła z miastem, nie mieli wokół siebie nic oprócz drzew, skał, śniegu i przenikliwego zimna.

To nie było zabawne dla niego, wysportowanego mężczyzny tuż po trzydziestce. Myśl, że Malachi wyruszał w tę wyprawę, aby zdobywać to, czego mógł potrzebować z miasta, napełniła go niepokojem. Albo większym niż wcześniej. Wiedział, że dzieciak się ukrywał, ale znalezienie swojego miejsca na pustkowiu wypełnionym śniegiem, zimnem i dzikimi zwierzętami, z których niektóre były niebezpieczne, przeniosło to na inny poziom.

Umysł Chace’a był również pochłonięty tym, co zostawił w szpitalu.

Kiedy Chace, Faye i Silas przybyli do szpitala, medycy pilnie pracowali nad Malachim i nie pozwolono im go zobaczyć.

Machnął odznaką i poprosił o raporty, co sprawiło, że po pięciu minutach odwiedziła ich pielęgniarka z oddziału ratunkowego i wtedy je otrzymali. Zrobiła wywiad, aby zebrać informacje o Malachim, takie jak możliwe alergie na leki i dlaczego był w takim stanie, w jakim był. Niestety, nie mogli powiedzieć jej nic o lekach, ale przynajmniej byli w stanie wypełnić niektóre luki dotyczące stanu, w jakim się znajdował.

Przed odejściem wyjaśniła, że obawiają się niedożywienia, odwodnienia i infekcji, ale nie koniecznie w tej kolejności.

Poszczęściło im się, znaleźli żyłę, wkłuli się i pompowali go płynami i antybiotykami, rozgrzewając go i oczyszczając jego rany, aby ocenić stopień uszkodzeń.

Kość ramieniowa Malachi’ego była złamana. Zaczęła się już zrastać, więc musieli ją na nowo złamać i złożyć. Mieli też szczęście tam, gdzie niewprawne oko Decka widziało tylko bałagan. Malachi najwyraźniej oczyścił swoje rany najlepiej, jak potrafił, tym, co, jak domyślali się z zapachu jego swetra, było szamponem, który dała mu Faye. Miał też maść z antybiotykiem na najgorsze z ran, Neosporynę od Faye. Dobrze, że oczyścił rany i użył maści, ale leczenie zostało opóźnione, infekcja nadal była problemem, więc wstrzyknęli silne dożylne antybiotyki.

Zanim Chace wyszedł z Deckiem, by spotkać się z mundurowymi w szopie, sam przyjrzeć się jej i jej otoczeniu, przybyła Sondra i przyszedł lekarz, aby złożyć raport.

Był na oddziale intensywnej opieki medycznej, ponieważ nadal mieli pewne obawy, że pojawi się infekcja i zgłosili pewne możliwości, że może stracić pieprzoną nogę i swoje pieprzone ręce.

Szpital miał politykę, zgodnie z którą tylko członkowie rodziny mogli wchodzić na pacjentów na oddziale intensywnej opieki medycznej i dlatego początkowo odmówiono im wizyty. Chace wyjaśnił okoliczności, w tym fakt, że chłopiec został pobity, ale Faye była najbliższą rodziną dziecka i jedyną znaną im osobą, która rozmawiała bezpośrednio z nim od tygodni. Lekarz natychmiast ustąpił, wiedząc, że nawet jeśli opieka pochodzi od kogoś, kogo prawie nie znał, nadal była opieką.

Chace i Faye zostali wpuszczeni, aby go zobaczyć i po pierwszym rzucie oka jego małe ciało z wbitymi rurkami, z owiniętymi rękami, twarzą posiniaczoną i wciąż spuchniętą, z ramieniem na temblaku, wyższą osłoną wokół zagipsowanej nogi, Chace pomyślał, że Faye może się rozpaść. Wielu ludzi by to zrobiło, mężczyźni lub kobiety. Kurwa, Chace musiał zaczerpnąć oddechu, żeby to utrzymać.

Ale nie zrobiła tego. Podeszła prosto do niego, lekko przeczesała palcami jego włosy i pochyliła się prosto do jego ucha.

„Tu Faye. Chace i ja jesteśmy tutaj, Malachi. Jesteśmy tu. Znaleźliśmy cię. Jesteś teraz bezpieczny” - szepnęła - „Jesteś bezpieczny, kochanie. Tylko musisz zdrowieć. Jesteśmy tutaj i jesteś bezpieczny”.

Chace znalazł krzesło i przeniósł je obok łóżka, zanim położył rękę na jej plecach. Nadal pochylała się nad Malachim, przeczesując palcami jego włosy, ale kiedy poczuła jego dotyk, jej szyja skręciła się i złapała jego wzrok.

„Usiądź, mała” - szepnął.

Skinęła głową i usiadła, a potem przysunęła krzesło bliżej, wyciągnęła rękę i owinęła palce wokół jego bicepsa.

Chace dał jej chwilę, po czym zsunął jej włosy z ramienia i pochylił się.

„Zajmę się sprawami”.

Jej głowa przekręciła się tak, że mogła ponownie złapać jego wzrok i natychmiast skinęła głową bez pytania.

Ale szepnęła - „Wróć”.

„Wrócę” - obiecał - „Przyślę twoją mamę”.

Ponownie skinęła głową i odwróciła się do Malachi’ego - „Chace musi odejść, Malachi. Ale wróci” - szepnęła.

„Daj mi trochę miejsca, kochanie” - mruknął Chace, głowa Faye drgnęła, żeby na niego spojrzeć, po czym cofnęła się na krześle, a Chace wszedł, pochylając się nad Malachim.

Zacisnął palce na kościstym ramieniu i pochylił się nad uchem - „Bądź silny, kolego. Jest dobrze. Teraz masz ludzi, którzy się tobą opiekują”.

Uścisnął go delikatnie, odsunął się i spojrzał na Faye, aby zobaczyć teraz, że miała mokre oczy.

Chciał ją pocieszyć, ale wyczuł, że jeśli to zrobi, jej kontrola się rozpadnie.

Więc przysunął się, żeby pocałować jej nos, cofnął się trochę, spojrzał na nią i wyszeptał - „Wkrótce wrócę”.

„Dobra, Chace”.

Odsunął się, ujął jej szczękę w dłonie, przesunął opuszką kciuka po jej wargach, a potem puścił ją i odszedł.

Zdał krótki raport Deckowi, Silasowi i Sondrze, wysłał Sondrę i powiedział Silasowi, co on i Deck będą robić.

Wymienili numery telefonów. Potem Chace podążył za Deckiem na Sioux Street i do lasu.

Długie chwile po tym, jak Deck wymamrotał pierwsze słowo wypowiedziane przez któreś z nich podczas wędrówki, Chace zapytał - „Co?”

„Twoja kobieta” - odpowiedział Deck - „Słodka”.

Nie był w nastroju, żeby obgadywać Faye.

„Deck…” - zaczął ostrzegawczym tonem.

„Bez gówna, Chace. Nie to miałem na myśli. Jest słodka. Piękna. Wspaniałe włosy. Świetny tyłek. Świetne jebane buty. To gówno jest do dupy, ten dzieciak, jego stan, to, co zobaczysz, kiedy dotrzesz do tej szopy, bracie, nie ma w tym nic dobrego. Tak źle, że jest poza złem, aż do wybijającego z równowagi. Więc teraz pomyśl o tym, co zostawiłeś w szpitalu. Ponieważ, poważnie, stary, kiedy tam dotrzemy, będziesz potrzebować dobrych myśli, takich jak twoja dziewczyna”.

Chace już przygotowywał się na to, co zobaczy.

Teraz wiedział, że było gorzej.

Kurwa.

Deck nie skończył.

„Jakby ustawiono dwieście kobiet w kolejce, kazano mi wybrać tę jedną dla ciebie, wybrałbym tę tam. Przygotowując się do tego, co znowu zobaczę, będę trzymać się wiedzy, że rok temu mój chłopak miał jedną poważną, pieprzoną sukę śpiącą w jego łóżku i spał w swoim pokoju gościnnym. Teraz, kiedy skończy z tym gównem, dziś wieczorem, jutro, dopóki nie zrobi mądrej rzeczy i nie uczyni tego legalnym, a potem aż umrze, będzie miał to słodkie w swoim łóżku. Nie wpadaj w szał, wiem, że między wami to coś nowego. Wiem też, że nie jesteś głupim skurwielem. Jak jest taka słodka, sprawisz, że będzie to legalne. Ponieważ nie mam słodyczy, do której mogłabym wracać do domu, będę trzymał się faktu, że mój brat, który zawsze na to zasługiwał, w końcu to ma”.

Deck i Chace złożyli przysięgę braterskiej miłości w związku z piwem skradzionym tacie Decka, które wypili w piwnicy Decka, kiedy byli pierwszoklasistami w liceum, kiedy po raz pierwszy upili się w dupy.

Od tego czasu, przez wiele dobrych i złych czasów, ta miłość rosła.

Tego rodzaju słowa Decka były rzadkie, ale były tak prawdziwe, jak uczucie, które się za nimi kryło. Deck nienawidził Misty, kurewsko nienawidził ojca Chace’a i to nie od niedawna, i znał całą historię. Więc nie były zaskakujące.

Dawały też uczciwe ostrzeżenie przed tym, co zobaczy.

Przez kilka minut szli w milczeniu, zanim dało się usłyszeć męskie głosy i zobaczyć światła latarek o dużej mocy, takich jak te, których używali Deck i Chace do oświetlania drogi.

„Keaton i Decker” - zawołał Chace, aby poinformować ich, kto się zbliża.

Dostali „Yo” i „Hej” od dwóch z czterech dyżurnych mundurowych, Dave’a i Terry’ego. Obaj byli nowymi rekrutami.

Dave, był trzyletnim weteranem, który przeprowadził się do Carnal z Idaho, aby być bliżej rodziny swojej prawie nowej żony w Gnaw Bone, ponieważ była w ciąży i miała trzy siostry, a zatem mieli cztery opiekunki w rodzinie, w tym jej mamę. I Terry, nowy rekrut z Akademii, pochodzący z Fort Collins.

Deck i Chace spotkali ich na śniegu przed zrujnowaną szopą wielkości dużej łazienki. Mężczyźni skulili się, trzymali światła nisko w dłoniach, skierowane do góry, ale z dala od twarzy, oświetlając rozmowę.

„Nie włączyliśmy świateł, Chace, bo byłoby to upierdliwe, gdybyśmy je tutaj wciągnęli, ale także dlatego, że gdybyśmy to zrobili, moglibyśmy zniszczyć ślady” - poinformował go Dave, a Chace skinął głową.

„Ale dobrze się rozejrzeliśmy” - dodał Terry - „Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby niczego nie zakłócać. Nie żeby było wiele do zakłócania.”

To nie było dobre.

Chace i tak skinął głową.

Na razie unikając szopy, zapytał - „Co znalazłeś?”

„Nietrudno było znaleźć pułapkę…” - powiedział Dave i wyjaśnił dalej - „…skoro ślad krwi prowadził z niej do tego”. Pochylił głowę w stronę szopy.

„Ponad dwieście metrów, jak sądzę” - powiedział cicho Terry, ostrożnie występując z tą wiedzą z powodu tego, co mówiła, a Chace przygotował się, żeby jego ciało nie drgnęło.

Dwieście metrów. Dwa pieprzone boiska do footballu. Długa droga ze złamaną ręką, dwiema okaleczonymi dłońmi i popieprzoną nogą.

Długa droga.

Jezu Chryste.

„Był w stanie przejść pierwsze pięćdziesiąt” - głos Dave’a był również cichy. Zrobiło się ciszej, kiedy kontynuował - „Musiał ciągnąć się przez resztę drogi”.

Chace zamknął oczy i opuścił głowę.

Nie powinien był pozwolić, by to tak poszło. Powinien był go wyśledzić albo wcześniej nastawić na niego Decka. Nie powinien był poddawać się i działać powoli. Powinien był to popchnąć.

Nie zrobił tego.

Jezu Chryste.

„Pułapka jest stara” - ciągnął Terry, Chace otworzył oczy i spojrzał na niego - „Prawdopodobnie ustawiona lata temu i zapomniana. Zardzewiała. Zaśnieżona. Dzieciak nie mógł tego zobaczyć, nawet gdyby poruszał się w świetle dnia. Miał prawdziwego pecha”.

Wydawało się, że Malachi miał dużo pecha.

Ale ta część dotyczyła Chace’a.

„On jest świetny w niewidzialności, Chace” - wtrącił Dave - „Nie mogliśmy znaleźć wielu informacji, a gdy dostajemy światła lub wrócimy w świetle dziennym, dowiemy się więcej, ale wygląda na to, że je zakrył. Poszliśmy uczciwymi drogami, duży obwód, mamy trochę śladów zwierząt, jedyne co mamy to kilka prowadzących do pułapki, których prawdopodobnie jeszcze nie zakrył i potem nie był w stanie pozacierać, a dalej ślady prowadzące z pułapki do szopy. Mnóstwo poruszonego śniegu wokół pułapki”.

„Odkryliśmy, że niektóre rozpryski wyglądają jak krew” - stwierdził Terry - „Prowadzący do pułapki nadlatującej ze wzgórza, na północny wschód”.

„Został pobity, zanim wpadł w tę pułapkę” - mruknął Deck.

„Tak?” - zapytał Dave.

„Noga była popieprzona przez pułapkę, ale ramię miał złamane, a na twarzy bałagan. Pułapka tego nie zrobiła” - powiedział im Deck.

Na to skinęli głowami.

Ale Chace myślał o dzieciaku, który został pobity, miał złamaną rękę, ale wciąż miał przytomność umysłu, by zatrzeć ślady na śniegu.

Kto go, kurwa, bił, przed kim się ukrywał i dlaczego?

Te pytania były dziwnie ekskluzywne, a jednocześnie włączające. Bo, ktokolwiek go złapał, on miał jakąś szansę go znaleźć.

Ale nie nikt wiedział o tym miejscu. Utrzymywał to w tajemnicy.

Jak więc był bity?

Terry spojrzał na Chace’a - „Chcesz podciągnąć światła?”

Chace spojrzał na zegarek, po czym jego spojrzenie powędrowało do Terry’ego - „Nie dziś wieczorem. Jutro rano wrócimy, rozejrzyjmy się lepiej w świetle dziennym, podążajmy za tą krwią, zobaczmy, czy możemy dostać się z tym gdziekolwiek”.

Dave i Terry skinęli głowami.

Chace niechętnie zwrócił się do szopy.

„Złe gówno, człowieku” - mruknął Dave - „Rozdziewiczyłem Terry’ego, wkraczając w to.”

Przerażające.

„Nie będę dziś spał” - wymamrotał Terry, zerkając na szopę, a potem z powrotem na Chace’a - „Ile on miał lat?”

Ma dziewięć, może dziesięć lat” - odparł Chace.

„Ma, prawda, ma” - wymamrotał ponownie Terry, tym razem szybko, po czym zapytał - „Jest okej?”

„Nie” - odpowiedział Chace.

„Racja” - mruknął Terry.

Chace przyglądał się Terry’emu przez chwilę i postanowił nie mówić mu, że będą kolejne bezsenne noce. Wspomnienia tego i nowe wspomnienia. Wypadki drogowe. Zamieszki domowe. Znęcanie się nad dziećmi. Samobójstwa. Przedawkowanie. Małe miasteczko nie oznaczało małej przestępczości. Nawet z czystym Departamentem. Jak utrzyma kurs, zrobi karierę, będzie miał dość tego gówna, by nawiedzało to jego sen do końca życia.

Chyba że znajdzie dobrą kobietę do spania przy nim.

Na tę myśl Chace zwrócił się do szopy, aby stworzyć kolejnego ducha, który będzie go nawiedzał, ducha, który tylko ktoś taki jak Faye Goodknight mógł pokonać.

Poczuł, że Deck porusza się razem z nim i obaj skierowali latarki na drzwi. Rozklekotana, deski wypaczone. Dużo miejsca między nimi i to nie tylko w drzwiach. Był wiatr, śnieg przedzierał się i osiadał w środku.

To niewiele, ale dla zdesperowanego dzieciaka było to lepsze niż nic.

Drzwi wisiały chwiejnie i cudem się utrzymały. Szopa nie została zbudowana w tej dekadzie ani w ostatniej. Była, podobnie jak pułapka, nieużywana i dawno zapomniana. Świetna kryjówka latem. Dla zdesperowanych zimą.

Ostrożnie otworzył drzwi, wszedł do środka i trzymał się mocno, obracając latarką i starając się nie oddychać.

„Pamiętaj, dzieciak był tu przez jakiś czas, człowieku” - szepnął za nim Deck.

Zapach wymownie to potwierdzał. Podobnie jak stan śpiwora. Malachi nie był w stanie się ruszyć, więc tygodniowy bałagan cielesny był widoczny dla oka i cuchnął na małej przestrzeni. Śpiwór został rozpięty z zamka błyskawicznego i szeroko rozrzucony, aby go wydostać, tak że widoczne było wnętrze. Poplamione było niemałą ilością ekskrementów, moczu i obfitymi ilościami zaschniętej krwi.

Chace przesunął latarkę po okolicy, a jego oczy podążały za snopem światła. Malachi ustawił swoje miejsce do spania po jednej stronie szopy. Pod śpiworem leżały cienkie, podarte kawałki materiału. Wyglądały na ciężkie, zdecydowanie zostały wyrzucone. Prawdopodobnie z czyjegoś kosza. Były pod jego śpiworem, co oznaczało, że dopóki Chace i Faye nie dali mu śpiwora, były wszystkim, co miał. Chace nie mógł nawet stwierdzić, czy to koce, czy szmaty. To, czym były, zdecydowanie nie wystarczało, by ochronić go przed zimnem.

Na szczycie tego bałaganu mała, okrągła poduszka, zdecydowanie odrzucona, wylatujące wypełnienie było zmieszane z ziemią, brudne.

Jego poduszka.

Przy poduszce torba chleba rozdarta jakby przez niezdarne ręce, krew na plastiku, krew na rozsypanej bieli okruszków. Osiem butelek po wodzie, pustych. Sześć pustych butelek po napojach energetycznych. Butelka szamponu leżąca z boku, krew na niej, nie na górze, szampon wyciekał. Tubka Neosporiny bez zakrętki, wyciśnięta do dna. Dwa ogryzki jabłka. Pusta torebka po marchewce z rozmazami krwi. Cztery skórki od banana, nie oderwane, rozerwane, ze śladami zębów widocznymi na wewnętrznej stronie skórek, teraz brązowe. Wygryzł środek. Butelka ibuprofenu z krwią po bokach, nieotwarta. Być może zbyt trudno było zdjąć nakrętkę z poranionymi rękami i złamanym ramieniem, ale ból był wystarczająco silny, więc próbował. Obok leżał otwarty pojemnik z mlekiem, a na boku wciąż było mleko, jego kwaśny zapach mieszał się z cuchnącym zapachem wydalin. Latarka, którą dała mu Faye, była w tym bałaganie na boku skierowana w stronę spania, teraz nie dochodziło z niej żadne światło.

Przesunął latarką pod tylną ścianą i poczuł, jak ściska mu się w żołądku.

Sześć plastikowych skrzynek po mleku, prawdopodobnie skradzionych zza sklepu spożywczego. Trzy przewrócone na ziemi i śniegu na podłodze szopy. Trzy stały na nich, trzymając ich cenną zawartość z dala od brudu i wilgoci. W jednej były starannie zapakowane resztki jedzenia i picia, które podarowali mu Chace i Faye. W drugiej trzymał nieliczną kolekcję odzieży, dokładnie złożoną, starannie poukładaną. W trzeciej z nich trzymał inne drobiazgi: stosy papierowych talerzy i misek, sztućce obozowe, butelkę witamin, pastę do zębów, szczoteczkę do zębów, paczki baterii, które kupił mu Chace, żeby zasilił latarkę.

Ostatni, najbliżej miejsca do spania, stał mały stolik, który najwyraźniej był wyrzuconym, a który Malachi, prawdopodobnie zebrał, sądząc po jego stanie, spoczywający przy koszy na śmieci przy krawężniku.

Jego szafka nocna.

Tam były jego książki i komiksy. Ułożone starannie, niemal z szacunkiem i Chace wiedział, że jeśli podejdzie i przyjrzy się uważnie, znajdzie je metodycznie zorganizowane. Jego cenne rzeczy, pod ręką, gdy leżał w śpiworze i czytał. Jego najcenniejsze rzeczy, trzymane pod ręką tylko dlatego, że były przez niego cenione.

Chace wciągnął powietrze, by stłumić falę konieczności szybkiego poruszania się, zamrażania wnętrzności i przesunął snop światła przez przestrzeń. Nic poza tym, żadnych mebli, jakieś zaspy śniegu, które wpadały przez dziury w suficie lub otwory w deskach.

Ale w kącie naprzeciw miejsca do spania, bardzo pomagając w smrodzie, wykopano dziurę. Ponieważ była blisko drzwi, Chace musiał zrobić tylko jeden krok, aby zajrzeć do niej i zobaczyć, że były tam ekskrementy i było głęboko wykopane. Obok leżała duża kupa ziemi. Nakładał ziemię na wierzch, prawdopodobnie po to, by pozbyć się smrodu.

Nie zwracał uwagi na zew natury w naturze.

Robił to tam.

A zrobił to tam, bo nie chciał, żeby ktokolwiek znalazł to gdzie indziej.

Jego strach przed odkryciem był tak wielki, że żył we własnym gównie.

Żył we własnym cholernym gównie.

Chace przesunął światłem po ziemi wzdłuż ściany.

Były jeszcze trzy inne stosy, luźna ziemia na wierzchu, małe kopce.

Pieprzone gówno, był tam przez jakiś czas.

Pieprzone gówno, był tam przez jakiś czas.

„Jezu Chryste” - wyszeptał Chace.

„Bracie, on jest teraz bezpieczny, ma słodką, siedzącą tuż przy jego szpitalnym łóżku” - powiedział cicho Deck obok niego.

„Jezu Chryste” - powtórzył Chace.

„Spieprzyłem z bezdomnym facetem, muszę to odpuścić i ty, Chace, stary, musisz popracować nad tym i odpuścić” - ciągnął Deck.

Chace wpatrywał się w dziurę.

Deck milczał, dając mu chwilę.

Potem przestał milczeć.

„Nie pozwól, by CPS[1] dopadło tego dzieciaka” - szepnął Deck.

Chace skinął głową, wciąż patrząc na tę pieprzoną dziurę.

„Cokolwiek doprowadziło go do tej desperacji, nie wsadzaj jego tyłka w system” - ciągnął Deck, a Chace odwrócił się, spoglądając na przyjaciela.

„On nie wejdzie do systemu”.

Deck wytrzymał jego spojrzenie.

Potem skinął głową.

Zadzwonił telefon Chace’a, a on wyciągnął go, gdy obszedł Decka i wypierdalał z tej szopy. Gdy znów zaczął oddychać czystym powietrzem, odebrał telefon i przyłożył go do ucha.

„Keaton”.

„Chace, Silas” - odparł Silas - „Słuchaj synu, godziny odwiedzin się skończyły i kazali Sondrze i Faye opuścić pokój. Sondra ma Faye w swoim Cherokee, namówiliśmy ją na wyjście. Nic nie może zrobić, siedząc w poczekalni, a co może zrobić jutro, zrobi to lepiej, jeśli trochę odpocznie. Zabieramy ją do domu”.

„Dobrze” - mruknął Chace.

Silas nic nie powiedział.

„Nadal jestem w szopie, Silas” - powiedział mu Chace, gdy cisza się przeciągnęła.

„Dobrze, synu, ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie” - stwierdził Silas.

Chace zamrugał.

Jakie pytanie?

„Przepraszam, nie zrozumiałem pytania”.

„Zabieramy Faye do domu”.

„Zrozumiałem”.

„Synu, muszę wiedzieć, do którego domu ją zabieramy”.

Jezu.

Czy diakon kościelny, ojciec dziewiczej dziewczyny, którą on rozdziewiczył, pytał go, w którym łóżku chciałby spać z jego córką tej nocy?

„Twojego czy jej?” - Silas kontynuował.

Do cholery, pytał.

Chace szybko przetworzył to i pytanie, i pomyślał, że Faye będzie chciała mieć wokół siebie rodzinę.

„Faye” - powiedział Silasowi.

„Dobrze. Kiedy będziesz?”

„Wyjeżdżam za pięć minut, droga piesza do Sioux trwa około dziesięciu minut, może trochę więcej, będę tam kilka minut później”.

„Dobrze. Czekamy na biegu jałowym, gotowi do wyjazdu. Prawdopodobnie dojedziemy w tym samym czasie. Do zobaczenia tam. Jeśli się nie spotkamy, do zobaczenia jutro”.

Jutro?

Nie pytał.

Powiedział tylko - „Tak, Silas”.

„Jeśli mnie tam nie będzie, kiedy dotrzesz…” - kontynuował Silas cichym głosem - „…dopilnuj mojej dziewczyny. Podobnie jak jej mama, Faye jest energiczna na wiele sposobów, a nie tylko z włosami i temperamentem. Potrafi wytrzymać wiele gówna, synu. Jest tak silna, że nawet nie będziesz wiedział, że cierpi. Ale w środku cierpi. A teraz jest jedna z tych chwil. Łapiesz mnie?”

To było to. Powód, dla którego Silas Goodknight nie miał nic przeciwko, aby Chace spał obok jego córki.

„Rozumiem cię, Silas” - odpowiedział cicho Chace.

„Myślę, że tak” - wymamrotał - „Pa, Chace”.

„Później, Sylas”.

Chace się rozłączył.

Deck, Terry i Dave zbliżyli się, ale to Dave przemówił.

„Co chcesz zrobić z tym gównem?”

„Porobiłeś zdjęcia?” - zapytał Chace.

„Tak, około stu” - odpowiedział Terry.

„Dobrze” - powiedział Chace, szarpiąc podbródkiem - „Skrzynki na mleko i książki, przynieście na komisariat. Ostrożnie z tymi książkami. Zachowaj je takimi, jakie są, jednak musisz je zabrać. Przyjdę po nie, kiedy będzie mógł je mieć w szpitalu i chcę, żeby miał je tak, jak je trzymał. Tak?”

Dave skinął mu głową i powiedział - „Tak”.

Chace spojrzał na Decka - „Muszę dostać się do Faye. Opuścili szpital”.

„Dobrze, Chace. Pomogę tutaj chłopcom z rzeczami dzieciaka”.

Chace skinął głową, kiwnął podbródkiem Dave’owi i Terry’emu, po czym odwrócił się w stroną, z której przyszli z Deckiem.

Szedł przez ciemną, cichą noc, z księżycem posrebrzającym śnieg, wśród cieni drzew, a jedyny dźwięk, jaki słyszał to były jego buty skrzypiące na lodowatej ziemi.

Ale jedyne, co widział, to wnętrze tej szopy.

I wciąż czuł ten zapach.

Potrzebował Faye.

Deck miał rację i mylił się. Nie mógł wykorzystać myśli o niej, by przejść nad tym, co zobaczył.

Potrzebował jej.

A Malachi, kimkolwiek do cholery był, potrzebował wszystkiego.

*****

Chace zamrugał, by odgonić sen i pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była miękka, jasnoniebieska pościel Faye.

Innymi słowy, widział prześcieradła, ponieważ Faye nie było z nim w łóżku.

Usiadł i odwrócił się, by wstać z łóżka, ale zamarł, gdy zobaczył ją na kanapie. Miała na sobie jego sweter i trzymała kolana pod nim, rozciągając go. Miała na sobie parę grubych, grubych skarpet. Jej szyja była skręcona, broda spoczywała na ramieniu, które położyła na oparciu kanapy, jej oczy były skierowane w okno oświetlone pierwszym pocałunkiem świtu.

Wyglądała jak zwykle uroczo, ale w jej profilu dostrzegł też coś, co kiedyś widział na jej twarzy. Coś, co widział lata temu. Coś, o czym nie pamiętał, dopóki tego teraz nie zobaczył.

To był jeden z nielicznych przypadków, kiedy byli w tym samym miejscu w tym samym czasie i na krótką chwilę złapała jego wzrok, zanim szybko odwróciła wzrok i odeszła.

To było zaraz po tym, jak ożenił się z Misty.

To była boleść.

Wspomnienie tego i teraźniejsza wiedza, co to oznaczało i jej spojrzenie przecięło go jak ostrze w chwili, gdy odwróciła głowę i spojrzała na niego.

Pochyliła szyję, oparła policzek na kolanie, ale zatrzymała na nim wzrok.

„Kocham to miasto” - szepnęła.

„Wracaj do łóżka” - odszepnął.

„Żyłam w nim przez większość mojego życia, zostawiłam je, aby się kształcić, wróciłam tak szybko, jak mogłam”.

„Wracaj do łóżka, Słonko”.

„Chcę jeździć w różne miejsca, widzieć, robić różne rzeczy, ale zawsze wracać tutaj”.

„Łóżko, kochanie”.

„Uratowałeś to miasto.” - ciągle szeptała, a on poczuł, że całe jego ciało jest napięte.

„Faye, mała, wróć do łóżka”.

„Nie wiem, jakie sekrety skrywasz, ale czymkolwiek one są, zawsze będę wierzyła, że uratowałeś moje miasto”.

„Chodź do łóżka, Faye, albo pójdę po ciebie”.

„Musisz go uratować, Chace.” - Wciąż szeptała, jej policzki robiły się czerwone i nie dlatego, że była zawstydzona, ale dlatego, że walczyła z emocjami.

Chace skończył.

Odrzucił kołdrę, podszedł do niej, wyciągnął ją z kanapy i zaniósł z powrotem do łóżka. Umieścił ją w nim, dołączył do niej, naciągnął na siebie kołdrę i wziął ją w ramiona.

Wsunęła twarz w jego klatkę piersiową i jedną rękę pod jego ciało, aby obie ręce mogły go mocno objąć.

„Jeśli straci ręce…” - jej głos był gruby, chrapliwy, trudny do usłyszenia.

„Przestań” - rozkazał szorstko.

Wciągnęła oddech, który się załamał, a Chace przyciągnął ją bliżej.

Zeszłej nocy Sondra i Silas wciąż byli u Faye, kiedy tam dotarł, ponieważ przybyli kilka minut wcześniej. Wszyscy wypili drinka i rozmawiali cicho w kąciku wypoczynkowym Faye, zanim jej rodzice poczuli się komfortowo ze stanem swojej dziewczyny i zostawili go, aby się z nią zaopiekował.

Faye, jej mama i tata wymienili bliskie, długie uściski. Chace dostał krótszy, ale bliski od Sondry i mocny uścisk dłoni z kilkoma klaśnięciami w ramię od Silasa.

Po ich wyjściu Chace nalał Faye kolejny kieliszek wina i otworzył sobie kolejne piwo, a ona przesłuchała go: co znalazł i gdzie to było.

Nic jej nie powiedział, a kiedy to upierała się przy tym, powtórzył, że nie musi wiedzieć.

Kiedy się poddała, zrobiła to patrząc mu w oczy i mówiąc cicho - „Już wiem tylko dlatego, że mi nie mówisz”.

Prawdopodobnie tego nie robiła i dlatego cieszył się, że się poddała.

Nalał jej kolejnego drinka. Aby ją zrelaksować i starając się ją ożywić, powiedział jej, że obejrzy program, o który go błagała.

Zadziałało. Posłała mu mały uśmiech, a nawet wydawała się trochę podekscytowana, gdy ustawiała telewizor. Zasnęła również w połowie odcinka.

Chace jednak tego nie zrobił. Na szczęście zasnęła, zanim musiał przyznać, że, choć miał w sobie nutkę geeka, serial o dwóch braciach, którzy pełnili samozwańczą misję ratowania świata przed różnymi zjawami, demonami i potworami, których najlepszymi przyjaciółmi byli anioł, który miał na sobie trencz i zawsze nosił zniszczoną czapkę bejsbolową, nie był taki zły.

Obudziła się lekko, kiedy ruszył, by zabrać ich do łóżka. Więc oszołomiona przygotowała się i dołączyła do niego, po czym ponownie zapadła w sen, zwinięta w kłębek.

Chace nie podążył za nią przez długie godziny.

Teraz było teraz, Chace trzymał Faye w ramionach, podczas gdy ona walczyła ze łzami.

Pochylił podbródek i przyłożył do jej włosów - „Słonko, odpuść. Nie ma niczego złego w łzach”.

„Jeśli się obudzi, nie chcę, żeby zobaczył moje czerwone oczy i poplamioną twarz” - odpowiedziała nadal grubym głosem, co oznaczało, że jej gardło wciąż było zatkane.

Kiedy się obudzi, Faye, wszystko, co zobaczy, będzie ładne. Zaufaj mi, jest facetem i ja jestem facetem, to wszystko, co widzimy”.

Potrząsnęła głową najlepiej, jak mogła, skoro jej twarz znajdowała się w jego klatce piersiowej, po czym odchyliła głowę i spojrzała na jego oczy swoimi rozjaśnionymi oczami.

„Przestań być słodki” - szepnęła.

Nigdy pomyślał, schwytany w spojrzenie jej krystalicznie niebieskich oczu.

Pociągnął ją tak, że byli twarzą w twarz.

Potem zaproponował jej wyjście.

„Chcesz mieć coś do obmyślenia, a nie ogromną kupę gówna, którą to wszystko jest?”

„Proszę” - odpowiedziała cicho.

„Nie znam jego historii. Nie wiem, kim jest jego rodzina. Jak dostał się tam, gdzie jest i jaki jest. Również mnie to nie obchodzi. Musimy pomyśleć o tym, jak zamierzamy zaprojektować tę sytuację, aby poszedł z miejsca, w którym jest teraz, do czegoś dobrego. Nie mam na myśli opiekunów zastępczych, którzy mogą mieć dobre intencje, ponieważ może być taka „możliwość”. Mam na myśli coś dobrego. Nie trzeba dodawać, że jeśli CPS go dopadnie i może nie umieścić go w opiece zastępczej, a nie pójdzie do jebanego domu dla chłopców”.

Cała jej twarz rozjaśniła się i natychmiast stwierdziła - „Ja się nim zajmę”.

Chace wiedział, że to powie.

Tak więc ostrożnie, delikatnie, powiedział jej - „To się nie stanie”.

„Chace…”

„Faye…” - przerwał jej - „…jestem policjantem niedawno oczyszczonej lokalnej policji. Potrafię zrobić to delikatnie, ale muszę wykorzystać tę finezję, żeby nikt nie zadawał pytań, a ten dzieciak dostał to, czego potrzebuje. I, mała, wiem, że dałabyś mu to, czego potrzebuje, ale w tej chwili nie masz takiej możliwości, ponieważ mieszkasz w jednopokojowym mieszkaniu nad kwiaciarnią”.

Jej nos zmarszczył się, ponieważ ten punkt był słuszny, ale jej się to nie podobało.

Nadal się temu poddawała.

„Racja”

„Ja mam wolny pokój, ale jestem też samotnym mężczyzną, który ma dziewczynę, która spędza noc i, powtórzę, finezja, której muszę użyć, musi być ponad wszystkim, więc nie mogę po prostu wziąć dziecka pod swoje skrzydła bez wykonywania pewnych ruchów. A jeśli to zrobię, moja dziewczyna nocująca u mnie może nie być mile widziana”.

„Mama i tato” - powiedziała natychmiast.

„Tak” - odpowiedział - „Albo Krystal i Bubba, albo Tate i Laurie”.

„Albo Boyd i Liza” - wtrąciła.

„Dobrze, albo Sunny i Shambles” - zasugerował.

„Musimy dzwonić” - szepnęła.

„Musimy dzwonić”.

„Kto pierwszy?” - zapytała.

„Twoja mama i tata”.

Uśmiechnęła się, smutek całkowicie zniknął z jej twarzy - „Powiedzą tak”.

Już to wiedział.

„Tak” - mruknął.

Jej uśmiech powiększył się - „Będą z nim świetni i możemy go cały czas widywać”.

To też wiedział.

„Tak” - powtórzył.

„Zadzwonię do nich teraz”.

Wykręcił szyję, spojrzał na jej budzik, a potem spojrzał na nią.

„Jest dopiero trzydzieści po szóstej”.

„Już wstali”.

„Czy będą na nogach i będą w stanie przedyskutować o zabraniu dziecka, skoro nie tak dawno temu mieli swój dom tylko dla siebie?”

„Tak” - odpowiedziała natychmiast.

Pomyślał, że to też prawda.

„Pocałuj mnie, a potem weź telefon”.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, więc poczuł to na ustach, kiedy dała mu swoje usta.

Kiedy przerwał pocałunek, przysunęła się, by dać mu kolejny lekki pocałunek, zanim wysunęła się z jego ramion i sięgnęła po telefon.

Chace wytoczył się z łóżka i przeszedł do łazienki.

Kiedy wyszedł, siedziała z boku łóżka, bez telefonu, jej tańczące oczy skierowały się prosto na niego, a jej usta poruszały się.

„Powiedzieli tak”.

Potem uśmiechnęła się szeroko.

Chace odwzajemnił uśmiech.

Potem poszedł do kuchni i zrobił śniadanie swojej dziewczynie.

*****



[1] CPS - Służba Ochrony Dziecka odpowiedzialna za zapewnianie ochrony, co obejmuje reagowanie na zgłoszenia dotyczące maltretowania lub zaniedbywania dzieci w USA

7 komentarzy:

  1. Jasna cholera, straszne i brak mi słów. Co przetrwał ten maluch. Mam 9 łatkę w domu... Dziękuję, chociaż wolałabym czytać o aniołach na świecie niż skutkach postępowania ludzkich bestii 😭😭😭

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki nie mogę się doczekać dalszej części

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za rozdział :)
    CZytałąm kilka na raz i się dzieje.
    Mam nadzieje że uda im się umieścic chłopaka u jej rodziców i nie zabierze go CPS.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział

    OdpowiedzUsuń