Rozdział
12
Rodzina
Chace
Faye,
wiercąc się obok niego w jego SUV’ie przykuła jego uwagę, więc Chace wyciągnął
rękę i złapał jej dłoń. Złączył ich palce i przyciągnął ich dłonie do swojego
uda.
Byli
w drodze do domu jej rodziców, a ona była niespokojna. Nie chodziło o to, jak powiedziała
mu, kiedy delikatnie ją nacisnął, żeby martwiła się, co oni o nim pomyślą. Ale
co on o nich pomyśli.
„Są
trochę hmmm… zwariowani” - powiedziała.
„Istnieją
dobrzy zwariowani i źli zwariowani. Domyślam się, że oni są dobrzy zwariowani” -
odpowiedział.
Posłała
mu słodkie, ale powątpiewające spojrzenie i kontynuowała.
„I
głośni…”
Chace
nie odpowiedział.
„I
uparci…” - kontynuowała.
Chace
tylko się do niej uśmiechnął.
„I
wsadzą nos w twoje sprawy” - ciągnęła.
Ramiona
Chace’a, które już ją otaczały, zacisnęły się, a jego uśmiech się poszerzył.
„Jestem
rodzajem czarnej owcy. To znaczy, oni wszyscy czytają, ale nikt z nich nie jest
nieśmiały, hmmm… w ogóle” - ciągnęła
dalej.
„Kochasz
ich?” - zapytał Chace. Kiedy otrzymał jej skinienie głową, dokończył cicho,
ściskając ramiona - „W takim razie ja też”.
To
uspokoiło ją i zaskarbiło mu uśmiech.
Ale
około minutę temu jej pewność siebie osłabła.
Kiedy
tam dotrą, zadomowi się i będzie w porządku.
Co
do Chace’a, on się nie martwił. Kiedy Chace otrzymał zaproszenie na kolację od
Silasa Goodknight’a po jego przybyciu i po powodzie, dla którego przyjechał, uznał,
że zrobił coś, co Silas zaaprobował.
Jeśli
chodziło o innych Goodknight’ów, Faye go lubiła i uznał, że to wszystko, czego on
potrzebuje. Gdyby byli dobrymi ludźmi i kochali Faye, o czym wiedział, że to
prawda, to albo spojrzeliby głęboko, żeby zobaczyć, co Faye w nim widziała,
albo zakopaliby swoje uczucia, żeby jej to nie zasmuciło. Z tego, co już
wiedział o nich w mieście i z rozmów Faye, wiedział, że już ich lubi.
Dlatego
nie jechał obawiając się, jak potoczy się kolacja.
Nie,
miał na głowie wiele innych rzeczy.
Pierwszym
był Malachi.
Z
tego, co dotąd mogli się dowiedzieć, dzieciak nie istniał.
Pochodziło
to od Chace’a, który sprawdził Zapisy Urodzeń Stanu Kolorado i nie znalazł nikogo
w przybliżonym wieku Malachi’ego urodzonego w stanie Kolorado. Pochodził
również od Chace’a kontaktującego się z lokalnymi i nie tak lokalnymi szkołami.
Chace,
Frank i Deck zdobyli przysługi od ludzi, których znali i zajrzeli do systemów
szkolnych w okolicach Aspen, Grand Junction, Glenwood Springs, Montrose, a
nawet tak daleko, jak Denver. Chociaż kilku Malachi’ch było zapisanych, żaden z
nich nie odpowiadał wiekowi dzieciaka.
Chace,
Deck, Frank i inni oficerowie pytali w mieście, czy ktoś nie tylko ostatnio
widział Malachi’ego, ale także czy widział go wcześniej. Z wyjątkiem kilku osób
zgłaszających, że sądzili, że mogli, nie było to nic konkretnego i poza może
zauważeniem go, nie mieli nic więcej.
Nic
dziwnego, że był dobry w byciu niewidzialnym.
Zaskakujące
było to, że wyglądało na to, że w ogóle nie istnieje.
Chace
widział go wędrującego, ale niezbyt daleko. W tamtych czasach ludzie nie zabierali
dzieci do samochodu i nie podwozili ich bez obaw, zadawania pytań i zwykle
zgłaszania tego lub od razu zabierania dziecka do władz. Więc chociaż Chace
widział, że mógł przyjechać do Carnal z innego miasta, nawet innego hrabstwa,
nie mógł sobie wyobrazić, że dotarł tam z Denver, a tym bardziej z innego
stanu.
Nałożył to na stażystę i okazało się, że w bazie danych zaginionej osoby nie było nikogo z jego imieniem ani nie pasującego do jego opisu.
To
i jego zniknięcie nie wróżyły dobrze. Nawet jeśli Faye i Chace wystraszyli
dzieciaka z Faye stojącą przy koszu powrotnym w poniedziałek lub nim, każącym
im siedzieć w samochodzie, dzieciak musiał jeść, a oni się wycofali. Faye
trzymała swój zapas na zewnątrz przy koszu zwrotnym, nawet gdy nie obserwowali.
Umieściła również zalaminowaną notatkę z boku biblioteki, prosząc każdego, kto
odkryłby torby, aby zostawił je dla Malachi’ego.
Zostały
pozostawione dla Malachi’ego. Wyszła z biblioteki pół godziny wcześniej i
zameldowała mu, że wciąż tam są. Przez ostatni tydzień, za każdym razem, gdy
wracali rano, wciąż tam były.
To
pozostawiło mu mnóstwo czasu ewentualne na wymknięcie się do biblioteki, kiedy
wiedział, że nie patrzyli.
Możliwe,
że jakoś zauważył lub usłyszał, że Deck jest na jego tropie. Ale ponieważ Deck
nawet nie wyczuł zapachu, a dzieciak nie nawiązał kontaktów z nikim poza Faye,
Chace nie mógł pojąć, jak.
Dzieciak
miał dziewięć lub dziesięć lat i, o ile Chace wiedział, nie miał super mocy ani
zdolności jasnowidzenia. Był w trybie przetrwania i ryzykował, żeby
przynajmniej jeść.
Im
dłużej go nie było, tym bardziej narastał niepokój Chace’a i Faye.
Ale
to nie była jedyna rzecz, która ciążyła na głowie Chace’a.
Nic
dziwnego, że miasto nie ucieszyło się z morderstwa Darren’a Newcomb’a.
Nie
chodziło o to, że był lubiany. Był całkowicie znienawidzony. Ale to było to
samo, co z Misty. Nikt nie uważał, że na to zasłużył, a ponadto nikt nie
uważał, że zasłużyły na to jego dzieci.
Byli
przygotowani na to, co może nadejść po tym, co już się wydarzyło. Nie trzeba
było kogoś z mocą dedukcji podobną do Sherlocka Holmesa, by wiedzieć, że
morderstwo Newcomb’a może być wierzchołkiem góry lodowej.
Oczywiście
w śledztwie w sprawie morderstwa Darren’a Newcomb’a został przeszukany dom
Newcomb’a, a Clinton Bonar i ludzie, dla których pracował, zostali odwiedzeni
przez Franka.
Nie
było również niespodzianką, że stwierdzili, że dom Newcomb’a został wypatroszony,
a ktokolwiek go przeszukiwał, wykonał solidną robotę. Został on zniszczony
niemal w całości. Rozerwane poduszki na kanapie. Materace pocięte. Dywan
podciągnięty. Linoleum zerwane. Szuflady komody wywrócone. Nawet kieszenie w
odzieży wywrócone na lewą stronę lub całkowicie wyrwane.
Nie
wiadomo, czy znaleźli to, czego szukali.
Chace
odwiedził miejsce. Mimo że Frank był głównym prowadzącym dochodzenie, nie
oznaczało to, że Chace wciąż nie szukał mordercy swojej niechcianej, ale
martwej żony.
To,
co zobaczył, skłoniło go do pewnych wniosków.
Morderca
Newcomb’a i Misty, jeśli był tą samą osobą, wiedział, że kiedy to zrobi, jego
ślady zostaną pokryte brudem w CPD. To nie znaczyło, że nie był ostrożny ze wszystkim
poza swoim nasieniem. Z Newcomb’em nie zostawił im niczego. Ten, kto przewrócił
dom Newcomb’a, również pozostawił po sobie tylko bałagan. Brak odcisków. Nikt
niczego nie słyszał ani nie widział. Z drugiej strony Newcomb mieszkał
lokalnie, ale z dala, na wzgórzach na wschód od miasta. Najbliższy dom był o
las dalej. Łatwo nie słyszeć ani nic nie widzieć.
Mimo
to Chace nie sądził, żeby zabójca przeprowadził przeszukanie. Uważał, że
mężczyzna wkroczył, zrobił swoje i wyjechał.
Ktokolwiek
przeszedł przez dom Newcomb’a, nie spieszył się. Człowiek z jednym, być może
dwoma lokalnymi morderstwami na rękach nie kręciłby się w pobliżu.
Oznaczało
to, że Bonar i jego chłopcy mieli zespół pracujący nad Carnal i dlatego gówno
uderzające w miasto było bardziej gówniane.
Co
więcej, Bonar i chłopcy nie byli zachwyceni wizytami Franka.
Zostało
to przekazane za pośrednictwem poczty głosowej przez ojca Bonara i Chace’a.
Zignorował oba telefony i wysłuchał tylko wiadomości Bonara. Usunął wiadomość ojca
bez słuchania.
Stało
się tak, ponieważ z doświadczenia wiedział, że nawet głos mężczyzny działał mu
na nerwy w sposób, który mógł tkwić w nim przez wiele dni.
Ale
odpowiedział Bonar’owi w SMS-ie Zagrożono
Newcomb’owi funkcjonariuszowi policji. To zostało zgłoszone. Morderstwo jest
badane według protokołu.
To
wszystko, co powiedział i czuł, że to mówi wszystko, więc nie zamierzał nic
więcej mówić. Po otrzymaniu tego tekstu Bonar dzwonił do niego trzy razy. Chace
odbierał telefony, a następnie natychmiast je kończył, nawet nie przykładając
telefonu do ucha, odbierając Bonar’owi możliwość zostawienia wiadomości.
Zrezygnował.
Ale
Chace wiedział, że oni tego nie
zrobili.
Chace
wiedział, że Newcomb był kretynem, rasistowską świnią i bił swoją żonę, ale nie
był na tyle głupi, by trzymać gówno, które miał na tych mężczyzn w swoim domu, a
był wystarczająco dobrym ojcem, by nie chcieć tego blisko swoich dzieci. Albo ten
komu to dał, nadal to miał i był w niebezpieczeństwie, albo zostało to znalezione
tam, gdzie to trzymał i zagrożenie
minęło.
Frank
przyglądał się temu pierwszemu i jak dotąd nie wymyślił zbyt wiele.
Będą
musieli poczekać i zobaczyć, czy nie stało się to drugie.
Jeśli
to nie wystarczyło, by jego myśli stały się ciężkie, było więcej.
Biblioteka.
Chace
wykonał pięć telefonów do przewodniczącego Rady Miejskiej, prosząc o szczegóły
dotyczące przyszłości biblioteki i kiedy możliwe zamknięcie biblioteki zostanie
poddane publicznej dyskusji na otwartym posiedzeniu Rady.
Chociaż
wszystkie jego telefony i wiadomości zostały odebrane przez asystenta Cesara
Moreno, Chace nie doczekał się telefonu zwrotnego.
Chace
znał Cesara Moreno, przewodniczącego Rady Miejskiej. Znał go jako dobrego
człowieka, człowieka rodzinnego i oddanego męża. Jako rodzaj męża, który wciąż
trzymał się za rękę z żoną, mimo że byli małżeństwem od osiemnastu lat. Takiego
ojca, który zawsze był na meczach baseballowych swoich trzech synów. Rodzaj
ojca, który uwielbiał swoją jedyną córkę, jakby była księżniczką.
W
rzeczywistości Quinceañera[1] jego
córki w zeszłym roku była tak wielkim wydarzeniem, że wciąż o nim mówiono. Byli
bardzo liczni obecni, większość miasta została zaproszona, nie szczędzono
wydatków i odprawiano wszystkie tradycyjne ceremonie, takie jak msza
dziękczynna, zakładanie korony i zmiana butów.
Chace
znał Cesara wystarczająco dobrze, żeby został zaproszony na Quinceanerę, ale
ponieważ Misty wciąż żyła i musiałby ją przyprowadzić, jak to zwykle robił, gdy
otrzymywali zaproszenie jako mąż i żona, odmówił udziału.
Cesar
znał Chace’a na tyle, by zrozumieć.
Misty
była zdruzgotana. Lubiła dobrą zabawę, szansę na wystrojenie się i kolejną
szansę na wejście na ramieniu Chace’a. Dlatego bardzo rzadko dawał jej takie
możliwości. To i nie mógł znieść spędzania z nią czasu.
Cesar
również zaczął działać w chwili, gdy w CPD spadło gówno. Miał związane ręce,
gdy Arnie był w zenicie siły i nie podobało mu się to. Ale był na tyle sprytny,
że milczał o tym, aby chronić siebie i swoją rodzinę przed staniem się celem, i
zrobił, co mógł, w Radzie oraz jako doradca i przywódca w mieście.
Dlatego
też, gdy tylko mógł zacząć sprzątać, zrobił to. Otwarcie, szczerze, szybko, bez
biurokracji i dużo się komunikując. Celem było pokazanie miastu, że burza
minęła i nadszedł świt nowego dnia. Chace wiedział, że rzucił się w to,
poświęcając niezliczone godziny na reorganizację Departamentu, poszukiwanie
zastępczego personelu, zatrudnianie i współpracę z konsultantami oraz
organizowanie spotkań miejskich w celu zbierania opinii i informowania
obywateli.
Więc
jego brak odpowiedzi na telefony Chace’a był niespodzianką, której Chace nie
lubił i dalej nie rozumiał. Z tego, co wiedział o Cesarze, był on przywódcą
społecznym, przywódcą kulturalnym, szanowanym biznesmenem i przyzwoitym
człowiekiem rodzinnym. Był uczciwy, bezpośredni i przystępny.
To
wcale nie było sposobem jego działania.
A
Chace’owi się to nie podobało.
„Proszę,
nie przeklinaj”.
Głos
Faye wyrwał go z jego myśli i zapytał - „Co?”
Poczuł
na sobie jej oczy, więc spojrzał na nią, po czym spojrzał na drogę, gdy
powtarzała - „Proszę, nie przeklinaj w obecności mojej rodziny”.
„Faye…”
Jej
dłoń ścisnęła jego i poczuł, jak jej ciało pochyla się w jego stronę, gdy
mówiła dalej - „Oczywiście powinieneś być tobą, ale tata jest diakonem w
kościele. W lecie kosi trawnik i przycina krzewy. Mama projektuje niedzielne pokazy.
I mama wścieka się na mnie, kiedy mówię „choroba”, a to nie jest nawet
prawdziwe przekleństwo. Ale czuje, że wystarczy znaczenie tego. Mam dwadzieścia
dziewięć lat, ale ona nadal bez wahania daje mi reprymendę”.
Uścisnął
jej dłoń i odpowiedział - „Po pierwsze, kiedy spotykam się z twoją rodziną, nie
będę przeklinać. Po drugie, będą tam dzieci, więc nie będę przeklinać. I na
koniec, kiedy twój tata przyszedł do mnie na swoją przemowę, przeklinał.
Wielokrotnie. Jedno, kiedy robi to twoje dziecko, jest dziewczyną, do tego
ładną, jako rodzic czujesz, że możesz ją za to zganić, bez względu na jej wiek.
Ale jak mężczyzna rozmawia z mężczyzną, mówi, co mu się podoba”.
„Tata
przeklął, kiedy z tobą rozmawiał?”
Jej
ton był słodki, chrapliwy, niedowierzający i Chace uśmiechnął się w przednią
szybę.
„Tak”
„Naprawdę?”
- wyszeptała.
„O
ile pamiętam, powiedział „dupek” więcej niż raz, „gówno” więcej niż raz, a
jeśli bym chciał policzyć „wkurzać się”, powiedział to również więcej niż raz.
Mogły być inne i nie przypominam sobie, żeby upuścił bombę k, ale na pewno nie
stronił od kolorowego języka”.
„O
jasna choroba” - wydyszała i Chace uśmiechnął się w przednią szybę.
Potem
przestał się uśmiechać i ściszył głos, aby zapewnić ją - „Mała, wszystko będzie
dobrze”.
„Cóż,
mamę zdobędziesz. Nigdy nie widziałam tak dużego bukietu kwiatów”.
Nie
myliła się.
Chace
nigdy nie kupował kwiatów kobiecie, by widzieć tego wyniki, więc nie wiedział,
że bukiet za pięćdziesiąt dolarów jest tak ogromny. Często posyłał matce
kwiaty. Ale dzwonił z zamówieniem i rzadko widział rezultat, ponieważ rzadko
wracał do domu. Co więcej, wydawał siedemdziesiąt pięć dolarów na kwiaty matki.
Co, biorąc pod uwagę wiązankę leżącą obecnie na kolanach Faye, którą wymyśliła
Holly w kwiaciarni z błyskiem w oku po tym, jak powiedział jej, ile chce
zapłacić, oznaczało, że jego matki były prawdopodobnie ogromne.
Nic
więc dziwnego, że jego mama zawsze dzwoniła, wymykając się samej sobie z radości,
kiedy je dostawała. Myślał, że po prostu była słodka.
„Wszystko
będzie dobrze” - powiedział jej, skręcając w drogę na północny zachód od
miasta, która prowadziła do domu Goodknight’a, prawie dokładnie naprzeciwko
miejsca, gdzie na południu znajdował się dom Chace’a.
„Liza
prawdopodobnie zachowa się nieodpowiednio w taki czy inny sposób” - stwierdziła
Faye, co oznaczało, że albo go zignorowała, albo była tak pogrążona w swoim
niepokoju, że go nie słyszała.
„Faye…”
- ścisnął jej rękę - „…wszystko będzie dobrze”.
„I
może mieć dramat albo… wiesz, żebyś wiedział, nie jest przeciwna walce z Boyd’em
na oczach ludzi. Nawet dzieci. Jeśli zacznie ryczeć, powie chłopcom, żeby
poszli do innego pokoju, ale nie będzie obchodziło jej, kto jeszcze będzie tego
świadkiem”.
„Faye”
- delikatnie szarpnął jej dłoń, po czym mocno ją trzymał - „Chcę, żeby to się
udało dla ciebie. Bez obrazy twojej
rodziny, gówno mnie obchodzą. Nie kładę się spać z twoją rodziną. Nie budzę się
przy twojej rodzinie. Przejmuję się tobą.
Ale kochanie, szczerze mówiąc już ich lubię. Wiem o tym, bo mieszkam w tym
samym mieście co oni od trzynastu lat. Poznanie ich lepiej oznacza, że po
prostu polubię ich bardziej. Jeśli to nie wypali z jakiegoś popieprzonego
powodu, nie zmieni to faktu, że będę kładł się spać z tobą i budził się z tobą,
a z resztą poradzimy sobie. Tak?”
Nie
odpowiedziała.
Chace
musiał puścić jej rękę, aby skręcić na podjazd jej rodziców, a kiedy zrobił
obie te rzeczy, ponownie zapytał - „Tak?”
Nie
otrzymał odpowiedzi, dopóki nie zatrzymał się za srebrną Toyotą 4Runner.
Kiedy
to zrobił, wypaliła - „Pochodzisz z rodziny z pieniędzmi i łapiesz eleganckie
kieliszki do szampana, które musiały kosztować fortunę, jakby były plastikowe”.
Odwrócił
głowę do niej i zobaczył, że jej twarz była blada i wyraźnie zaniepokojona w
świetle deski rozdzielczej.
Kurwa.
To
była niespodzianka.
Kurwa.
Zaparkował
SUV’a, wyłączył zapłon i światła i odwrócił się do niej.
„Chodź
tutaj” - rozkazał cicho.
„Jestem
tutaj, Chace”.
„Chodź
tutaj” - powtórzył.
„Ale
ja jestem...”
„Mała,
podejdź tutaj.”
Wtuliła
się głęboko w niego, przesuwając się przez kabinę SUV’a i kładąc dłoń na jego
udzie.
Uniósł
rękę z boku jej szyi, wsunął ją w jej jedwabiste włosy i przyciągnął ją jeszcze
bliżej.
Potem
powiedział cicho - „Zarabiam prawie dwa razy więcej niż ty i mieszkam w domu z
czterema sypialniami w stylu rancza na piętnastu akrach na południe od miasta.
Dostałem rozsądny kredyt hipoteczny, ponieważ rodzice mojej mamy zostawili mi fundusz
powierniczy. Ten fundusz nie jest fortuną, ale wystarcza. Napocząłem go, aby kupić
dom, w którym chciałem mieszkać i zbudować rodzinę. Nie tknę go ponownie,
dopóki nie ożenię się i nie będę miał dzieci. Dopiero wtedy posłuży do tego,
aby mój dom stał się domem i zapewnił edukację moim dzieciom. Nie będzie
używany do niczego innego, chyba że, nie daj Boże, nadejdzie nagły wypadek”.
Przyciągnął
ją nawet bliżej, nawet gdy zbliżył się do niej i mówił dalej.
„Mam
małe oszczędności i robię, co mogę, aby je powiększyć, tylko dlatego, że jest to
mądre. Inwestuję w plan emerytalny, który zwiększy moją emeryturę, ponieważ
kiedy skończę pracować i będę żyć dobrym życiem, chciałbym, żeby było lepsze.
Biorę dwa urlopy w roku, oba nad akwenami, gdzie mogę łowić ryby, bo mam
wszędzie stoki narciarskie i mogę pozjeżdżać, kiedy tylko do cholery zechcę.
Noszę dżinsy i kowbojskie buty, a w tym roku wymienię ten samochód, bo ma
cztery lata, więc już czas. Jem w Kogucie przy specjalnych okazjach, ale
chociaż to jedzenie jest gówniane, jestem równie zadowolony z Rosalindy i to
nie jest żart”.
Poruszył
drugą ręką, by owinąć nią wokół jej na swoim udzie i cicho szedł.
„Moja
mama kupiła mi te kieliszki, kochanie. To był pierwszy raz, kiedy wyjąłem je z
szafy, do której je włożyła. W tym domu jest inne gówno, które mama myślała, że
muszę mieć i prawdopodobnie wszystko to jest drogie, bo ją na to stać i to jej
sposób. W tym domu nie ma absolutnie żadnego gówna, które należało lub zostało
kupione przez Misty. To, co mówią te kieliszki, było moim życiem. Odszedłem od tego, gdy miałem siedemnaście lat,
nigdy nie wróciłem, nigdy nie wrócę i nie tęsknię za tym. Mam w dupie kieliszki
do szampana. Mogłyby być plastikowe, a
mi na tym by nie zależało. Jak się stłuką, to się stłuką. Jak ty coś byś zniszczyła, mnie by to nie obchodziło.
Kieliszki do szampana, czy nie. Teraz powiedziałem to wszystko, więc jesteś ze
mną w tym gównie?”
„Tak”
- wyszeptała, wpatrując się głęboko w jego oczy.
Była
z nim, więc dał jej resztę.
„Już
wiem, że ta rodzina tutaj jest lepsza niż ta, w której dorastałem, Słonko” -
odszepnął - „Pieniądze i status nie znaczą gówna. To charakter coś znaczy. Mój
ojciec tego nie ma. Twój ojciec tak, poślubił kobietę, która go ma i razem
zbudowali rodzinę, która go ma. Denerwujesz się i nakręcasz gówno w swojej ślicznej
główce, żeby się jeszcze bardziej denerwować. Przestań. Wszystko będzie dobrze”.
„Okej”
- powiedziała cicho.
„Teraz
masz przed sobą trudne zadanie, które polega na tym, żebyś naprawdę bardzo się
starała nie być słodką. Kiedy jesteś słodka, chcę cię pocałować w sposób, jaki
diakonowi kościoła, który wciąż przeklina, ale nie przy swojej córce, się nie
spodoba. Ponieważ cały czas jesteś słodka, będzie to dla ciebie trudne. Ale
proszę, byś spróbowała”.
Jej
wargi z gumy do żucia drgnęły, a potem cicho odpowiedziała - „Spróbuję”.
Wpatrując
się w jej usta, wymamrotał - „I zawiedziesz”.
„Chace…”
- westchnęła, a jego oczy wróciły do jej.
„Jesteś
słodka” - ostrzegł.
Jej
ucho opadło na ramię, a brwi złączyły się.
Urocza.
„Tylko
powiedziałam twoje imię”.
„To
wszystko, czego potrzeba”.
Wyprostowała
głowę, jej oczy stały się zamglone, usta rozchylone i spojrzała na niego.
Potem
dała mu coś bardziej słodkiego i był kurewsko zachwycony, że to dostał.
„Poważnie…”
- wyszeptała, prawie pełna czci, dużo bardziej niż urocza - jesteś niesamowity”.
Uwielbiał
to, że tak czuła.
I
miał nadzieję, że zawsze tak będzie.
Chace
uśmiechnął się, zanim użył swojej ręki, by przyciągnąć ją do siebie i pochylił
się, by móc pocałować jej nos. Mogli mieć publiczność, ale ona żuła gumę.
Posmakował jej, zwłaszcza z dodatkiem mięty, więc nie wchodzili do środka przez
piętnaście minut.
Potem
odciągnął ją i powiedział - „Chodźmy do środka”.
Skinęła
głową, zaczęła się odsuwać, a on ją puścił.
Poczekał,
aż okrąży samochód, po czym ujął ją za rękę i poprowadził do oświetlonych
frontowych drzwi.
Jeździł
po tej okolicy przy wielu okazjach, gdy był na patrolu radiowozem i w różnych
sprawach podczas swojej kadencji w CPD. Droga prowadząca do domu Goodknight’a
nie kończyła się ślepym zaułkiem na wzgórzach na zachód od miasta, ale wiła się
przez góry. Przy tej drodze znajdowały się rancza, kilka domów do wynajęcia dla
mieszkańców i urlopowiczów, a wyżej na górze kilka dużych domów należących do
zamożnych mieszkańców lub utrzymywanych jako drugie domy dla bogatszych
nierezydentów. Od dawna wiedział, gdzie mieszkają Goodknight’owie, głównie
dlatego, że po tym, jak zauważył Faye, dowiedział się, gdzie ich nazwisko jest
na skrzynce pocztowej na ulicy i postarał się, aby ten dom trafił pod jego obserwację.
Ich
dom był dwupoziomowy i wyglądało na to, że został zbudowany w latach 70-tych.
Prawdopodobnie pokój rodzinny, jadalnia, kuchnia i inne pomieszczenia były ogólnodostępne
na dolnym poziomie, salon i sypialnie na górze lub odwrotnie. Widząc, że z
drogi nie można było zobaczyć podniesionego tarasu prowadzącego z wyższego
poziomu, ale zamiast tego wykopane patio prowadzące z niższego, domyślił się,
że obszary rodzinne znajdowały się poniżej.
Gdy
się zbliżyli, o dziwo, nie zostali przywitani przy drzwiach. Zamiast tego Faye
wpuściła ich bez pukania i podczas gdy Chace zamykał drzwi przed marcowym
wieczornym chłodem w Kolorado, krzyknęła - „Jesteśmy!”
Wtedy
to się zaczęło.
Coś,
na co Chace uważał, że jest przygotowany.
Coś,
na co nie był.
Wieczór
w normalnym, przeciętnym rodzinnym domu z normalną, przeciętną rodziną, która
była szalona, głośna, uparta, ale zabawna, niezmiernie bliska i żartobliwie
kochająca.
Wciąż
stali na wyłożonym kamiennymi płytkami podeście, na którym po lewej stronie
znajdowało się pół schodów prowadzących do otwartego salonu, a przed nimi pół
piętra w dół, prosto do kuchni.
Na
okrzyk Faye dwaj chłopcy, jej siostrzeńcy, Jarot i Robbie, wbiegli po schodach.
Starszy miał ciemnobrązowe włosy z nutą czerwieni. Młodszy miał włosy Faye.
Myślał,
że ścigają się, by przywitać swoją ciotkę Faye, ale natychmiast odkrył, że tak
nie jest, gdy obaj zatrzymali się przed nim z kołysaniem, odchylili głowy do
tyłu i przemówili jednocześnie… głośno.
„Pokaż
nam swoją odznakę!” - Jarot zażądał z okrzykiem.
„Pistolet!” - wrzasnął Robbie.
Najwyraźniej
podzielono się z chłopcami tym, że był gliną.
„Um…
czy detektyw Keaton może pokazać wam swoją odznakę po tym, jak przywitacie się
ze swoją ciocią Faye, przedstawię was detektywowi Keatonowi, a może się napijemy,
usiądziemy i relaksujemy?” - Faye zasugerowała wyćwiczonym tonem, który był
mieszanką lekkiej irytacji i „czy moi siostrzeńcy nie są uroczo niegrzeczni?”
„Racja”
- Jarot cofnął się, podchodząc do Faye i pozwalając jej, z oczywistą niechęcią
dziewięciolatka, na uściskanie go krótko i jeszcze krótsze cmoknięcie w
policzek.
„Pistolet!”
- powtórzył Robbie, skrzecząc i całkowicie ignorując ciotkę.
„Robbie!
Zachowuj się!” - rzuciła kobieta, a oczy Chace’a powędrowały na schody.
Chace
widział Faye w mieście ze swoją siostrą, Sondrą i Silasem i to właśnie jej
siostra, Liza, się zbliżała.
Bóg
uznał za stosowne obdarzyć Faye niezwykłymi niebieskimi oczami jej ojca i
niezwykłymi kasztanowymi włosami jej matki. Uznał za stosowne obdarzyć Lizę
Newman ciemnobrązowymi oczami matki i ciemnobrązowymi włosami jej ojca. Jedno i
drugie było ładne, ale kombinacja Faye była powalająca, podczas gdy Liza była
po prostu atrakcyjna.
Prawdę
mówiąc, była atrakcyjna, ale jej włosy były krótko obcięte. Styl, który nosiła
dobrze i pasował do niej, ale było to coś, czego Chace często nie uważał za
pociągające. Miała dwoje dzieci, ale jej tyłek i cycki były mniej obfite niż u
jej siostry przy sylwetce, którą obie kobiety odziedziczyły po matce. Ten sam
wzrost, ta sama wąska talia, ciało jak klepsydra, nie opływowe. Oznaczało to,
że zajęła się czymś więcej niż tylko bieżącą troską o swoje ciało i dlatego
prawdopodobnie była na diecie. Nie wyglądała na wychudzoną ani w złym humorze, jakby
potrzebowała kanapki, bo między śniadaniem a teraz zjadła tylko baton
proteinowy. Ale nie był to też wygląd, który podobałby się Chace’owi.
Na
koniec Faye miała na sobie małą dżinsową spódniczkę, przez szlufki której
przewlekła jasną apaszkę, którą związała z jednej strony w kokardę. Na górze
miała ciemnozielony, lekki sweter pod płócienną kurtką. Sweter dobrze pasował,
a jego dekolt miał elementy, które układały się w ciekawy sposób, dzięki czemu
sweter robił to, co tylko Faye mogła naturalnie zrobić. Pokazywał skórę i
krzywe, nie podkreślając żadnego z nich, jednocześnie zwracając uwagę na oba.
Miała
na sobie parę kowbojskich butów, jakich nigdy wcześniej nie widział, które były
słodkie same w sobie, ale jeszcze słodsze na Faye. Płowy zamsz był mocno
haftowany z jasnymi szwami. Szwy zawierały żółte i pomarańczowe detale, które
były losowe: było tam trochę zielonych pnączy, a na końcu żywe różowe kwiaty.
W
swoim stroju Faye wyglądała na tą, kim była. Pochodzącą z Kolorado góralką,
która pracowała w bibliotece, a jej przodkowie pochodzili stąd, jej lud żył tam od tysięcy lat.
Jej
siostra miała na sobie czarne spodnie z szerokimi nogawkami, które ciasno
przylegały do jej wąskiego tyłka, skomplikowaną bluzkę, którą kupiła w Denver
lub Nowym Jorku i parę wysokich, błyszczących czarnych butów na szpilkach,
które prawdopodobnie kosztowały więcej niż cały strój Faye. Jej makijaż był
nieco ciężki, a ułożenie włosów zajęło jej znacznie więcej czasu niż Faye. Było
to częściowo spowodowane tym, że włosy Faye wyschły w lśniącej prostej masie,
więc nie musiała nic robić poza wsadzeniem w nie szpilki, jeśli poczuła
potrzebę. Było tak głównie dlatego, że Liza nie tylko spędzała czas przy swoich
włosach, ale też przy całym swoim wyglądzie i tak to wyglądało.
Normalnie
Chace nie lubił spędzać czasu z takimi kobietami, głównie dlatego, że nie
uważał je za atrakcyjne i zazwyczaj okazywało się, że są to kobiety, które myślały,
że to robią w wielkim stylu.
Ale
kiedy Liza dotarła na szczyt schodów, jej oczy skierowały się na niego i były
ciepłe, na jej twarzy pojawił się otwarty, przyjazny uśmiech i jej atrakcyjność
znacznie wzrosła.
Wzrosło
jeszcze bardziej, kiedy wyciągnęła do niego rękę, mówiąc powitalnym głosem -
„Chace, wspaniale cię poznać. Nie mogłam się doczekać, odkąd usłyszałam, że
spotykasz się z moją młodszą siostrą”.
Uścisnął
jej dłoń i odpowiedział - „Liza. Również miło mi cię poznać."
Puściła
go i chwyciła obu chłopców za czubki głów, mierzwiąc ich włosy, „To są moje dwa
szalone robale, Jarot…” - ponownie potargała mu włosy - „…i Robbie.” - kolejne
potarganie dla Robbie’go - „Chłopcy, przywitajcie się z detektywem Keatonem, a
potem wróćcie obaj na dół”.
Jarot
podniósł rękę w szybkim pomachaniu i mruknął - „…lo, De-tetiw Keaton” - potem
zrobił, jak mu kazano, i uciekł.
Robbie
spojrzał na niego i powtórzył - „Chcę zobaczyć broń”.
„Przepraszam,
kolego, nie zabrałem broni” - Chace skłamał, bo zabrał, ale była w jego SUV’ie.
Robbie
trzymał się tego - „W takim razie chcę zobaczyć odznakę”.
Dłoń
Lizy zsunęła się na jego kark, pochyliła się nad nim i rozkazała - „Odznaka
później. A teraz przywitaj się, a potem zejdź na dół, kochanie”.
Spojrzał
na matkę i zmrużył oczy, wyraźnie zirytowany.
Potem
spojrzał z powrotem na Chace’a i powiedział nadąsany - „Lo” - zanim również
odbiegł.
Liza
spojrzała na Chace’a, dzieląc się - „Mówię sobie, że się popisuje, ale to jest
zaprzeczenie. To moje dziecko i rozpieszczam go. Powinnam prawdopodobnie
przestać to robić, ale nie mogę. Więc jego przyszła żona będzie musiała go uporządkować,
a ja będę się po prostu dobrze bawić”.
Faye
zbliżyła się, odchyliła do niego i wspięła na palce, by wyszeptać - „To nie
jest dobry plan”.
„Jak
zwykle zgadzam się z moją dziewczyną Faye” - dobiegł ich głęboki męski głos.
Chace
spojrzał na schody i zobaczył niskiego, krępego, przedwcześnie siwiejącego,
przystojnego mężczyznę, który wchodził po nich z powitalnym uśmiechem i
mundurem góralskiego mężczyzny złożonym z dżinsów i flanelowej koszuli, który mocno
kontrastował z ubiorem jego żony. Wyglądał też jak człowiek, który ma to w
dupie. Był tym, kim był, a ona była tym, kim była i chociaż nie pasowali do
siebie, jedno spojrzenie na ich dawało jasność, że na swój sposób pasowali.
Podniósł
rękę, zanim dotarł do Chace’a, ale kontynuował mówienie, jak tylko ręka Chace’a
chwyciła jego.
„Boyd
Newman” - przedstawił się, wciąż się uśmiechając.
„Chace
Keaton” - Chace powiedział coś, o czym ten już wiedział, nie tylko dlatego, że
spotykał się ze szwagierką mężczyzny i bez wątpienia zostało mu to ogłoszone,
ale także dlatego, że wszyscy w hrabstwie wiedzieli, kim on jest.
„Miło
cię poznać, stary” - ścisnął mocno dłoń Chace’a, ale nie wojowniczo, tylko
przyjaźnie, a potem złamali uścisk.
„Uch…
zechcecie, żeby mężczyzna zszedł tu i napił się piwa, czy co?” - zawołał Silas
z dołu schodów.
„Wezmę
wasze kurtki” - mruknęła Liza i Chace podszedł do Faye, aby pomóc jej, zanim
oddał ją, Lizie, teraz rozpromienionej, nie przegapiającej pomocy z kurtką
swojej siostry. Potem zdjął swoją własną i dał jej. Wsunęła obie pod pachę i
podeszła do drzwi na półpiętrze, które najwyraźniej były
szafą.
Faye
złapała go za rękę i poprowadziła go po schodach, na dole których puściła go,
ponieważ nie miała wyboru, skoro Silas pochłonął ją w niedźwiedzim uścisku,
który obejmował kilka serdecznych klaśnięć w plecy i kilka huśtawek. Puścił ją
i wyciągnął rękę do Chace’a.
Chace
wziął ją i usłyszał - „Chace, piwo, Bourbon, wódka czy co?”
„Silas.
Piwo” - odpowiedział Chace.
Silas
puścił jego rękę, ale podniósł swoją, mocno klepnął go w ramię, odsunął się i
Sondra już tam była.
„Chace,
cieszę się, że jesteś tutaj” - uśmiechnęła się do niego, podając mu rękę. Chace
wziął ją i ścisnął, zastanawiając się, czy kiedy Faye dojdzie tego wieku, jej
włosy zmienią się w tak atrakcyjnie srebrzystobiałe wokół jej twarzy, jak jej
matki. Miał też nadzieję, że tak.
Sondra
Goodknight, jak zawsze, nie nosiła żadnych fantazyjnych ciuchów. Również była bez
makijażu.
Ładne
dżinsy. Sweter z golfem, który podkreślał jej figurę, a delikatny beżowy kolor podkreślał
jej cerę. Masywny, nisko wiszący naszyjnik wykonany ze srebra, turkusu i
koralu, który wyglądał na vintage i był zdecydowanie rdzennie Amerykański.
Skarpety
na nogach.
Rodzinna
kolacja. Czas dla rodziny. Rodzina. Brak wysokich obcasów. Tylko wełniane
skarpetki, a ponieważ chłopak jej córki był tam pierwszy raz, dorzuciła
naszyjnik.
Tak,
lubił Sondrę Goodknight.
„Dobrze
tu być, Sondra” - mruknął.
Posłała
mu promienny uśmiech podobny do Lizy, puścił jej rękę i Faye podeszła, by
pocałować w policzek i wręczyć jej kwiaty.
„Są
od Chace’a, mamo” - powiedziała matce, Sondra wzięła bukiet, a jej oczy
powędrowały do kwiatów, a potem do niego i były jeszcze cieplejsze.
„Różowe.
Idealne” - powiedziała łagodnie i skończyła. Wdzięczność łagodnie brzmiała w
jej głosie, wyrażając uczucie kryjące się za słowami, ale bez przesady - „Dziękuję,
Chace”.
Kiwnął
brodą.
Uśmiechnęła
się do niego i oznajmiła - „Włożę je do wody i jest jeszcze kilka rzeczy do
dokończenia w kuchni. Wejdźcie i odpocznijcie.” - odwróciła się do córki,
podniosła rękę, by lekko dotknąć policzka Faye, a potem szepnęła cicho - „Śliczna
jak z obrazka” - opuściła rękę, ale przechyliła głowę w stronę pokoju dziennego
i kontynuowała - „Weź swojego mężczyznę, rozgośćcie się, kochanie. Twój tata
przyniesie piwo”.
Faye
złapała go za rękę i poprowadziła w prawo, prosto w stronę kanapy w salonie.
Chace
podążył za nią, a jego umysł był pochłonięty cichym głosem Sondry mówiącej Śliczna jak z obrazka.
Lekki
dotyk. Pełen miłości komentarz do córki wygłoszony w cichy sposób, po którym
było widać, że jest zwykle mówiony, ale to nie sprawiło, żeby komplement był
mniej szczery. Zamiast tego wzmacniał go. Skarpety na stopach. Wygodna w jej
domu. Pragnąca, żebyś też tak się czuł. Doceniła kwiaty, dała to do
zrozumienia, ale nie przesadziła w sposób, który mógłby sprawić, że Chace czułby
się nieswojo.
Gdy
te myśli szybko przeszły mu przez głowę, Chace nie mógł powstrzymać się od
zastanowienia, jak to będzie, gdy Faye w końcu spotka jego matkę.
Valerie
Keaton nie miałaby na sobie wełnianych skarpet i pięknego, indiańskiego
naszyjnika. Byłaby w zupełnie nowym stroju, który kosztowałby więcej niż Faye
zarabiała w ciągu miesiąca. Bez wątpienia chwaliłaby Chace’a i zachowywałaby
się kochająco i słodko. Byłaby też zdenerwowana, prawdopodobnie niezdarna z
tego powodu, zawstydzona z tego powodu i, wreszcie, przesadnie przepraszająca.
Próbowałaby też zbyt mocno być miłą i dlatego zdołałaby zadusić Chace i Faye w swoich wysiłkach, aby Faye była
jak ona, a jednocześnie starając się przekonać Faye, że Chace może przenosić
góry.
Poza
Misty, którą zabrał tam z powodów, z których nie mógł tego uniknąć, Chace nigdy
nie zabierał kobiet na spotkanie z matką, nie tylko dlatego, że nie miał
kobiety, która byłaby na tyle ważna, by ją poznać, ale także dlatego, że jego
mama musiałaby się nią zajmować. Chace zadał sobie wiele trudu, aby uniknąć
rozdrażniania swojej matki, zanim jeszcze jego życie zamieniło się w gówno, z
powodu możliwości odczucia ostatecznego bólu, który czuł, kiedy ona się
denerwowała. Zbędne spotkanie z kobietą nie na tyle ważną dla niego, że nie
było tego warte.
Faye
Goodknight z pewnością spotka się z Valerie Keaton. Chace już to wiedział. Ale
do tej chwili nie bał się tego.
Teraz
zaczął się bać.
Ledwo
wciągnął swój tyłek na kanapę, a jego kobieta ułożyła się w zgięcie jego
ramienia, kiedy Robbie stanął przed nim.
Tym
razem uderzył ręką w kolano Chace’a i zażądał - „Odznaka!”
Chace
odwinął ramię z Faye, pochylił się i wyciągnął swoją odznakę z tylnej kieszeni.
Kiedy to robił, Liza podała Faye kieliszek wina i jego piwo.
Ale
ona również pochyliła się i szepnęła cicho, ale wystarczająco głośno, że Chace
mógł usłyszeć - „Moja młodsza siostra w końcu zaliczyła”.
Poczuł,
że Faye sztywnieje u jego boku, nawet gdy jego wnętrzności się ścisnęły, kiedy wyczuł
jej zakłopotanie.
Robbie,
przegapiając to lub, co bardziej prawdopodobne, skupiony, warknął - „Odznaka!”
ponownie z kolejnym uderzeniem w kolano Chace’a.
Liza
kontynuowała - „Wypisane na tobie, kochanie. Niesamowite”.
Liza
odsunęła się, uśmiechając się do siebie i robiąc wielkie oczy na Faye.
Kiedy
zauważył, że Faye wpatrywała się w swoją siostrę zmrużonymi oczami, decydując
się być zirytowaną, a nie zawstydzoną, więc Chace zdecydował, że ze względu na
nią zignoruje to i skoncentruje się na jej siostrzeńcu.
Więc
wyciągnął swoją odznakę do Robbie’go, który natychmiast wyrwał mu ją z ręki.
Faye
podała mu piwo i wymamrotała - „Szkoda, że nie przyniosłeś broni”.
Tak,
zirytowana.
I
słodka.
Chace
uśmiechnął się.
Robbie
usłyszał Faye i zgodził się - „Tak! Broń!”
„Nie,
broń, Robbie. Zamknij jadaczkę, dzieciaku, Jezu” - rozkazał Boyd, wchodząc z butelką
piwa i siadając w jednym z czterech foteli rozrzuconych po całym pomieszczeniu.
To dało Chace’owi wskazówkę, dlaczego Faye, która mieszkała samotnie, miała
więcej foteli niż ktokolwiek, kogo znał.
Robbie
odwrócił się do ojca i odpalił - „Sam
zamknij jadaczkę”.
Twarz
Boyda zmieniła się w wyraz taty, którego żadne dziecko nie chciało oglądać, a
jego głos drżał, gdy powiedział jedno słowo - „Robert”.
Robbie
zmarszczył twarz, po czym mądrze przestał się stawiać, opuścił głowę i zatracił
się w studiowaniu odznaki Chace’a.
W
tym momencie, znikąd, Jarot pojawił się przed nim.
„Zastrzeliłeś
kiedyś kogoś?” - zapytał.
„Nie”
- odpowiedział Chace.
Jarot
wyglądał na zbitego z tropu, a głowa Robbie’go podniosła się, pokazując, że
uważa, że sposób przesłuchania jego brata był ciekawszy niż odznaka Chace’a.
Jarot
znów się ożywił i zapytał - „Kiedykolwiek strzelałeś do kogokolwiek?”
Ponieważ
strzelał, aczkolwiek tylko z zamiarem ostrzeżenia i z zamiarem, że chybi, Chace
spojrzał na Boyda, który teraz miał żonę siedzącą na poręczy jego fotela i
jednym spojrzeniem zrozumiał całą historię. Liza popijała wino i wpatrywała się
w syna, jakby właśnie po mistrzowsku zagrał na fortepianie cały utwór Chopina i
zrobił to, używając wyłącznie siły swojego umysłu.
Boyd
patrzył w sufit.
Nie
było stamtąd pomocy.
Na
szczęście, włączyła się Faye.
„Jarot,
kochanie, ta rozmowa może się odbyć, kiedy będziesz miał dwadzieścia pięć lat”.
Chace
poczuł, jak jego usta wykrzywiają się, ale Jarot tylko spojrzał na swoją
ciotkę, z powrotem na Chace’a i nie poddał się.
„Zostałeś
kiedyś postrzelony?”
„Nie
- odpowiedział Chace.
„Ostrzelany?”
- Jarot drążył wytrwale.
Chace
milczał, bo był. To było wtedy, kiedy strzelił jako ostrzeżenie, chybił,
wystraszył ćpuna i, tak jak miał zamiar, a ćpun upuścił broń. Nie zamierzał
tego powiedzieć Jarot’owi ani Faye.
Faye
odczytała prawidłowo jego milczenie, a jej ciało stwardniało obok niego, więc
podniósł rękę i owinął ją ponownie wokół niej.
„Jarot”
- powiedziała cicho, kiedy przysunął ją do siebie.
Jarot
ponownie zmienił taktykę - „Aresztowałeś kogoś?”
„Tak”
- odpowiedział Chace.
„Wiele osób?” - Jarot kontynuował przesłuchanie.
„Mój
sprawiedliwy udział” - powiedział mu Chace.
„Super” - szepnął.
„Hej”
- odezwał się Robbie i Chace spojrzał na niego, aby zobaczyć jego głowę przechyloną
na bok i wykrzywioną twarz - „Dlaczego trzymasz ciocię Faye?”
„Bo
jest moją dziewczyną” - odparł Chace.
Jego
górna warga zacisnęła się na nosie i powiedział z niesmakiem - „Ciocia Faye jest twoją dziewczyną?”
„Robert”
- uciął Boyd, a Robbie odwrócił się do ojca.
„Ona
jest obrzydliwa!” - krzyknął, a następnie natychmiast podzielił się powodami
swojej opinii - „Ona daje niechlujne buziaki!”
„Tylko
tobie, kochanie” - powiedziała mu Liza, a jej roztańczone oczy skierowały się
na Faye, zanim kontynuowała - „Mam nadzieję, że daje detektywowi Keatonowi inne
rodzaje pocałunków”.
„Wszystkie
pocałunki są niechlujne…” - odparł Robbie z autorytetem, po czym skończył - „…i obrzydliwe”.
„Zaufaj
swojemu ojcu, chłopcze, nie są” - poinformował go Boyd z prawdziwym
autorytetem, którego Robbie kompletnie nie zauważył.
„Są…”
- nie zgodził się Robbie - „Wiem, bo Molly ciągle mi je daje na przerwie i są
obrzydliwe”.
„Dziewczyna
Robbie’go to Molly” - powiedział Jarot, po czym spojrzał na swojego brata - „Molly i Robbie siedzą na drzewie, ca…a…a…łuuuu…jąc
siee-ę” - zaśpiewał, uśmiechając się do brata jak złośliwy dzieciak.
Chace
był zaskoczony, że dzieciaki ciągle sobie tak dokuczały, ale najwyraźniej tak.
Robbie
pochylił się nad swoim bratem, znowu wykrzywiając twarz, ale tym razem w inny
sposób - „Zamknij się, Jarot!”
„Zamknij
się, Robbie” - odpalił Jarot, pochylając się.
„Będę
miała tylko dziewczynki” - wyszeptała Faye, a Chace przełknął chichot, ale
zrobił to, ściskając ramię wokół Faye.
Potem
zawołał - „Yo” - i obaj chłopcy spojrzeli na niego.
„Robbie,
oddaj mi moją odznakę.” - Robbie wyglądał na gotowego do odrzucenia tego
rozkazu, dopóki Chace ponownie nie zdjął ręki z Faye. Po szybkiej ocenie od
stóp do głów Chace’a, po której prawidłowo upewnił się, że Chace może go złapać,
przemyślał to i szarpnął odznakę Chace’a w jego stronę. Chace wziął ją, ale nie
schował. Zamiast tego pokazał im to i zapytał - „To dla was jest spoko?”
Obaj
chłopcy chciwie pokiwali głowami na zgodę, wpatrując się w jego odznakę.
Chace
schował ją w pięści i skupił ich spojrzenia na swojej twarzy.
„Mielibyście
rację. Jest. Jak mężczyzna to ma, nie mówi, że dziewczyna są obrzydliwa i nie
mówi nikomu, żeby się zamknął. Nawet swojemu bratu. Nawet kiedy brat mu
dokucza. Jest spoko, bo on jest spoko. Nie dostaniesz takiej, chyba że możesz
być spoko. A teraz, czy możecie być spoko?”
„Potrafię
być spoko” - zaoferował natychmiast Jarot, a Chace uznał, że może, ale Robbie
najwyraźniej musiał się nad tym zastanowić.
„Robbie?”
- podpowiedział Chace i Robbie spojrzał na niego.
Potem
Robbie udowodnił, że może być przestępcą, ale był uczciwy.
„Może”
- odpowiedział.
„A
może tak będziesz zachowywał się tylko dzisiejszego wieczoru?” - zasugerował
Chace - „Nigdy więcej nazywania cioci Faye obrzydliwą”.
Głowa
Robbie’go znów przechyliła się na bok i poprosił o wyjaśnienie - „Czy mogę
nazwać ją obrzydliwą, jeśli mnie pocałuje?”
„Nie”
- odpowiedział Chace.
Usta
Robbie’go poruszyły się przez chwilę, zanim zapytał - „Czy mogę walczyć z Jarot’em?”
„Nie”
- powtórzył Chace.
Usta
Robbie’go poruszyły się jeszcze bardziej, gdy Chace stłumił chęć do śmiechu.
„No
cóż, ja jestem spoko” - wtrącił w tym momencie Jarot, wyprostowany, wyniosłym
głosem, patrząc z góry na Robbie’go.
„Bo
jeśli tak, De-tetiw Keaton szepnie za mną dobre słowo, kiedy zostanę gliną. A
pierwszą osobą, którą aresztuję, będziesz…” - pochylił się do brata i dokończył
- „…ty”.
„Nie
aresztujesz mnie!” - krzyknął Robbie.
„Aresztuję!”
- odkrzyknął Jarot.
„Jezu”
- mruknął Boyd.
„O
co chodzi z tymi krzykami?” - krzyknął Silas, wchodząc do pokoju z własnym
piwem. Zatrzymał się i spojrzał na swoich wnuków - „Co? Mężczyzna pozbywa się
krzyków i walczących dzieciaków z domu tylko po to, by dzieci jego dzieci wrzeszczały i walczyły przychodząc do niego? Uff.
Dajcie spokój starcowi” - powiedział do chłopców.
„Ale
Jarot powiedział, że mnie aresztuje” - bronił się Robbie.
„Prawdopodobnie
to zrobi, jak nie poprawisz swojego zachowania” – odpowiedział Silas - „Dobry
czas na rozpoczęcie jest teraz. Wasza babcia nakrywa do stołu. Przydałaby się
jej pomoc”.
Faye
wykonała ruch, aby wstać w tym samym czasie co Liza, ale to Faye powiedziała
cicho - „Ja pomogę, tato”.
„Siedź
na tyłku, jak odwiedzasz staruszka, a chłopcy pomogą babci” - odpowiedział
Silas, po czym spojrzał w dół na Jarota i Robbie’go, unosząc brwi - „Chłopcy?”
Jarot
wyszedł.
Robbie
zawahał się.
„Robert”
- ostrzegł Boyd.
Robbie
rzucił swojemu ojcu buntownicze spojrzenie, zanim też wyszedł.
Chace
schował odznakę do kieszeni i ponownie objął Faye ramieniem.
Silas
usiadł na innym fotelu.
„Żebyś
wiedział, że ona może być cicho i zawsze była słodka jak miód, ale skrywała w
sobie demona” - poinformował go Silas, nie robiąc ani trochę wstępu, a Chace
starał się jak mógł, żeby się nie gapić - „Za tymi włosami kryje się
temperament, synu. Więc moja rada, nie daj się na to nabrać u Faye”.
„Całkowicie”
- zgodziła się Liza.
„Hej,
no co” - wtrąciła Faye, poruszając się niewygodnie u jego boku.
„Nie
zachowuj się niewinnie” - powiedziała jej Liza, po czym spojrzała na Chace’a -
„…goniła mnie po domu z nożyczkami”.
„Nieprawda!”
- Faye odparła gorąco - „Ty goniłaś Jude’a”.
„Ty
mnie goniłaś z nożyczkami. Jude gonił ciebie z rozpalonym pogrzebaczem”.
Poczuł,
że Faye odwróciła się, by na niego spojrzeć, spojrzał na nią, a ona
potwierdziła - „To rzeczywiście się wydarzyło”.
„I
rzeczywiście ścigała mnie nożyczkami” - Liza odwróciła ich uwagę, powtarzając.
„Lizo,
nie zrobiłam tego” - odparła Faye.
„Całkowicie
to zrobiłaś” - odpaliła Liza.
Faye
poddała się i spróbowała czegoś nowego - „A ty mnie ciągnęłaś za włosy”.
„Ty
też” - odpowiedziała Liza.
„Oczywiście,
że to robiłam, ponieważ ty to robiłaś. To wymagało środków odwetowych i to był
mój jedyny wybór” - odpowiedziała Faye.
Liza
zrezygnowała z Faye i spojrzała na Chace’a - „Zmieszała też cały mój makijaż”.
Faye
nie zrezygnowała z Lizy i pochyliła się w jej kierunku - „To dlatego, że
powiedziałeś Danny’emu, że się w nim podkochuję”.
Brwi
Lizy uniosły się do góry - „Więc?”
„Nie
podkochiwałam się w Dannym!” - Faye odpaliła - „Podkochiwałam się w jego bracie
Dillon’ie! Danny myślał, że go lubię, więc pocałował mnie na oczach Dillona.” -
opadła plecami na kanapę, wyciągając rękę - „I tak straciłam szansę do
Dillona”.
„Jakbyś
chciała mieć tę szansę” - Liza mruknęła szczerą prawdę Boga.
„Nie,
ale gdyby Dillon to chciał, spróbowałabym” - odpowiedziała Faye i teraz ona
skłamała.
„Teraz
cieszę się, że mam chłopców” – powiedział Boyd do nikogo.
„Kim
jest Dillon?” - Chace zapytał Faye i z jakiegoś powodu Liza uznała to za
zabawne i wiedział o tym, ponieważ wybuchnęła śmiechem.
„Nikt”
- mruknęła Faye, wpatrując się w siostrę przez pokój.
„Najsłodszy
chłopak w szkole” - odpowiedziała Liza i Chace spojrzał na nią - „Albo był.
Teraz ma brzuch piwny wielkości Teksasu, ma trzydzieści jeden lat i pracuje nad
żoną numer trzy, dzieckiem numer pięć i nadal uważa, że jego rzeczy nie
śmierdzą, bo czternaście lat temu był kapitanem drużyny piłkarskiej”.
Jezu,
Chace znał tego faceta.
„Dillon
Baumgarner?” - zapytał.
„Znasz
go?” - zapytała Liza.
Tak,
niestety. Facet był kutasem, który, Liza miała rację, miał ogromne brzuszysko i
myślał, że jego gówno nie śmierdzi. Niestety, z zadziwiającą częstotliwością
potrafił przekonywać kobiety o tym fakcie. Przechodził przez nie jak wodę, bez
względu na to, czy był z nimi związany legalnie, czy nie. To nie był jedyny
powód, dla którego był kutasem. Był po prostu kutasem.
Chace
się tym nie podzielił.
Spojrzał
tylko na Faye, walcząc z uśmiechem i mówiąc cicho - „Dobrze, że wytrzymałaś, Słonko”.
Liza
znów wybuchnęła śmiechem. Boyd zachichotał. Silas uśmiechnął się do nich obu.
W
tym momencie Sondra weszła na pół metra do pokoju i oznajmiła: „Zupa jest.
Chodźcie i weźcie”.
Potem
natychmiast wyszła.
Najwyraźniej
jak Sondra przemówiła, wszyscy słuchali, ponieważ natychmiast wszyscy się ruszyli.
Ale
kiedy wyszli z pokoju, Silas dogonił Chace’a, obejmującego Faye ramieniem, podczas
gdy Faye odwzajemniała gest i powiedział - „Nożyczki, Faye ma rację. Liza
ścigała z nimi Jude’a”.
„Widzisz?”
- Faye skierowała to do pleców swojej siostry.
„Chociaż…”
- kontynuował Silas - „…pomysł miała od Faye”.
„Nieprawda!”
- Faye warknęła, przekręcając głowę, by móc skierować swoje spojrzenie na ojca.
„Kochanie,
dałaś jej go” - odpowiedział, po czym spojrzał na Chace’a.
„Wpadła
w kłopoty, siedziała z tego powodu w kącie przez pół godziny, a następnie
napisała raport dla swojej nauczycielki drugiej klasy, co spowodowało, że kobieta
zadzwoniła do jej mamy i wezwała nas do szkoły”.
Przeszli
przez kuchnię do jadalni po drugiej stronie domu, a Silas dalej się dzielił.
„Nie
wiedziała, co z tym zrobić. Powiedziała, że raport jest na znacznie wyższym
poziomie niż siedmiolatki, którą znała. Powiedziała też, że była zaniepokojona,
że chodzi o okrucieństwo rodziców. Przekonaliśmy ją, że nasza Faye ma żywą
wyobraźnię. Ponieważ już to zauważyła, na szczęście nie było trudno ją
przekonać”.
„Historia
nożyczek” - mruknęła Sondra, najwyraźniej podsłuchując.
„Chace
się dowiaduje” - powiedział Boyd, po czym spojrzał na Chace’a - „Przyzwyczai
się, człowieku. Przydarzyło mi się to dziesięć lat temu. Odbyłem około dwóch
tuzinów wizyt, aby wypalić historie. Nie wiedziałem, czy myśleć, że złapałem
gorącą, czy przenieść się do innego stanu”.
„Opowieści
o Faye będą lepsze, ponieważ ma to nieśmiałe i wycofane zachowanie” - wtrąciła
Liza, kręcąc się nad serwetką Robbie’go na jego kolanach, podczas gdy on
wciskał jej ręce i patrzył w bok jej głowy - „Nikt nie spodziewałby się, że jej
temperament pasuje do jej włosów”.
„Nauczyłem
się tego sam trzydzieści cztery lata temu, ale moją nauczycielką była jej matka”
- dodał Silas, siadając w szczycie stołu - „Wiedziałem, jak moja córeczka
wyszła z tym czerwonym meszkiem na głowie, że miałem kłopoty. I nie myliłem
się. Chociaż, w połowie przypadków, kiedy gada, chodzi o ojców z kawałkami
wyciętymi z mózgów lub o Dartha Vadera i nie wiem, o co jej do cholery chodzi”.
„Uh…
czy komuś by przeszkadzało, jeśli byśmy przestali zachowywać się, jakbym miała
piętnaście lat, a Chace był moim chłopakiem z liceum, którego wszyscy
próbujecie przestraszyć na śmierć i może byście pamiętali, żeby zachowywać się stosownie
do wieku?” - Faye zasugerowała, wpatrując się w ojca w tym samym czasie,
wskazując na krzesło, które Chace złapał, gdy kazała mu posadzić tam tyłek.
„Nie”
- od razu zaprzeczyła Liza.
„Nie”
- Silas odparł sekundę później, a zrobił to, potrząsając serwetką przy boku i
uśmiechając się do córki.
„Nie
robiłam ci tego” - Faye odpowiedziała Lizie, gdy siadała na krześle obok niego,
więc Chace ruszył, by je odsunąć.
Rzuciła
mu mały, roztargniony uśmiech, zanim zajęła swoje miejsce.
„Nie,
nie zrobiłaś. Ale popierasz Boyda we wszystkich naszych kłótniach, więc to jest odwet za to” - odpowiedziała Liza.
„Co
powiecie na to” - zaczęła Sondra, siedząca u stóp stołu - „Spędziłam właśnie
godzinę na gotowaniu, godzinę wcześniej na pieczeniu ciasta i pół dnia na
sprzątaniu domu. Chciałabym cieszyć się posiłkiem i moją rodziną. Nie byłam
zachwycona tym przekomarzaniem się, kiedy byliście nastolatkami. Teraz mniej mi
się podoba. Więc co powiecie na to, że zjemy i będziemy zachowywali się jak
dorośli. Czy tak będzie dobrze dla kogoś oprócz mnie?”
„Dla
mnie tak” - stwierdziła natychmiast Faye.
„Założę
się” - mruknęła Liza.
„Liza”
- powiedziała Sondra tonem podobnym do tego, jakiego Boyd używał do swoich
chłopców, z wyjątkiem że kobiecym. Najwyraźniej nie można było temu zaprzeczyć,
ponieważ twarz Lizy natychmiast przybrała wyraz twarzy trzydziestodwuletniej
kobiety, która sprawiała, że wyglądała prawie tak uroczo jak jej siostra, tylko
bardziej wyrafinowanie i Chace w końcu zrozumiał, dlaczego Boyd tak to lubił.
To
był kolejny dowód na to, że Sondra mówiła, ludzie słuchali.
Przekomarzanie
się skończyło.
Chace
natychmiast za tym zatęsknił.
Nie
było to brzydkie ani bolesne. To było wspominkowe, nostalgiczne, żartobliwe i
choć gorące, pod tym upałem panował inny rodzaj ciepła. To było ciepło, którego
Chace nigdy wcześniej nie czuł. Czuły rodzaj, który potwierdzał, że są to
wspólne wspomnienia i niezależnie od ich niepokojącego charakteru, nie było można
przegapić w tym miłości. Po prostu przekształciło się to w zabawne anegdoty,
które dawały okazję do dokuczania, ale przekomarzania się pełne miłości, które
nie pozostawiłyby nikogo z nieprzyjemnymi uczuciami.
To
nie był pierwszy dom rodziców jego koleżanek, który odwiedził. To nie była jego
pierwsza taka kolacja.
Ale
to było najciekawsze i nigdy nie czuł się tak komfortowo.
Rozdawano
jedzenie, a Chace zauważył, że kwiaty, które kupił Sondra postawiła na środku
stołu, jako cichy, ale rozważny znak jej wdzięczności. Liza opiekowała się Robb’iem,
który był u jej boku. Faye miała oko na Jarota, który był u niej. Sondra nie
spuszczała oka z obu wnuków, którzy ją otaczali.
Co
zaskakujące, nawet Robbie pilnował swoich manier przy stole. Oczywiście przez
resztę czasu był swobodny, ale kiedy był przy posiłku, miał być cicho i
zachowywać się przyzwoicie, i tak było. Jedzenie było pyszne i znajome,
ponieważ Sondra najwyraźniej nauczyła córkę gotować.
To
też sprawiało, że czuł się komfortowo.
Rozmowa
była lekka, łatwa i przebiegała naturalnie.
Chace
od samego początku został wciągnięty przez Silasa i Boyda do rozmowy o sporcie,
a w doświadczony sposób Sondra, Liza i Faye zachowały milczenie, ale nie zostały
usunięte, gdy to robiły.
Chace
brał udział w dyskusji na temat lawiny z mężczyznami, słuchając Faye, która
przypominała matce, że wiosna zbliża się do Gór Skalistych i pytała ją, czy w
tym roku pomogłaby jej ponownie z kwiatami przy bibliotece.
Więc
to była jego odpowiedź. Faye sadziła te kwiaty z matką.
Coś
było w tym, że wiedza o tym, że córka i matka pracowały ramię w ramię, aby
stworzyć piękno przy budynku, który nie należał do nich, ale do miasta, również
sprawiła, że poczuł się dziwnie komfortowo.
Rozmowa
naturalnie się zmieniła i znowu ten zwrot był czule gorący, ponieważ stał się
polityczny, a polityka przy stole szybko się wyłamała, bo byli ściśle
podzieleni ze względu na płeć. Mężczyźni, byli zagorzałymi konserwatystami.
Kobiety, zdecydowanie liberalne.
Przez
ten spór Chace pozostał neutralny,
trzymając usta zamknięte, dopóki Boyd nie rozłożył rąk, spojrzał prosto na
niego i błagał - „Człowieku, pomóż nam. Wyrównaj do licha szanse”.
„Boyd,
nie mów do licha!” - Liza warknęła.
„Dlaczego?”
- Boyd odciął się.
„Chłopcy!”
- syknęła.
Boyd
spojrzał na Jarota.
„Jarot,
kolego, co to znaczy licha?” - zapytał.
„Boyd!”
- Liza wciąż syczała.
„Uh…”
- Jarot wyglądał wtedy na zakłopotanego, zabawnego i wyraźnie niewzruszonego
gorącymi słowami rodziców, spróbował - „Licha znaczy, hmmm… licha?” - zapytał w
odpowiedzi.
„Widzisz?”
- Boyd odgryzł się Lizy.
Liza
spojrzała na niego, a potem spojrzała na Jarota - „Masz rację, kochanie. Licha
oznacza po prostu licha. A teraz proszę, nie mów tego w szkole, no cóż… nigdy”.
„Na
miłość boską, to tylko do licha” - w tym momencie do rozmowy włączył się Silas.
„Tato!”
- Teraz Liza warczała na ojca.
„O
mój Boże, tato” - wyszeptała Faye, także do ojca.
„To
chłopiec” - Silas wzruszył ramionami - „Chłopcom musicie pozwolić na pewne
rzeczy”.
„Zaczynamy”
- mruknęła Faye do swojego talerza, a Chace spojrzał na nią, by zobaczyła jej
brodę schowaną w szyję, a jej oczy skupiły się z baczną uwagą na jej jedzeniu.
„Um…
przepraszam?”
To
pochodziło od Sondry i nie był nigdy przy tym stole, kiedy kolacja nie została
do końca skonsumowana, tort urodzinowy, który miał nadejść, nie był odległy,
dlatego nie znał dobrze Sondry, ale wciąż znając ją niecałą godzinę Chace wiedział,
że jej ton był niebezpieczny.
„Teraz…”
- zaczął Silas, ale Sondra mu przerwała.
„Nawet
nie zaczynaj”.
„Sondra…”
- Silas spróbował ponownie.
„Nie”
- ponownie przerwała Sondra - „Nie ma różnych zasad dla dziewcząt i chłopców,
Silas. Próbowałeś tego z Jude’m i wtedy mi się to nie podobało. Nie możesz
spróbować ponownie z Jarot’em i Robb’iem”.
„Bez
urazy, Sondra, ale osobiście nie obchodzi mnie, jeśli mój dzieciak tak mówi, a
on jest moim dzieckiem” - wtrącił Boyd.
„Cóż,
mnie osobiście obchodzi” - odparła
Liza - „A jest też moim dzieckiem”.
„Wy,
dziewczyny, tego nie lubicie, nigdy tego nie lubiłyście” - zaczął Silas, jakby
było mu to wszystko jedno - „Ale to nie ma znaczenia, rzeczy mają się inaczej
między chłopcami i dziewczętami, mężczyznami i kobietami. Tak właśnie jest, tak
będzie zawsze”.
„Och,
chorobcia” - Faye znów mruknęła do swojego talerza.
„Nie
mają!” - Liza powiedziała niemal okrzykiem.
„Kocham
cię, Liza kochanie, ale tak jest” - odpowiedział Silas.
Oczy
Lizy przesunęły się na siostrę - „Proszę, Boże, powiedz mi, że ten jeden…” -
wskazała głową na Chace’a - „…jest oświecony, ponieważ ci dwaj…” - wskazała
głową na Boyda i Silasa przy końcu stołu - „…nie są”.
„Cóż,
uh… Chace jest trochę staromodny” - niestety podzieliła się Faye - „Nie pozwala
mi za nic płacić i nigdy nie pozwala mi nalewać własnego drinka”.
„Dobry
człowiek” - mruknął Silas, kiwając głową Chace’owi.
„W
porządku” - mruknął Boyd, uśmiechając się do Chace’a.
„Dżentelmeńskie
zachowanie nigdy nie będzie staromodne” - Sondra włączyła się, nie odrywając
oczu od Chace’a - „Cieszę się, że jesteś dżentelmenem, Chace. Ale bez presji,
jeśli sprawy potoczą się naprzód i twoje dzieci pewnego dnia zasiądą przy tym
stole, mam nadzieję, że nie będzie ci dobrze, gdy będą mówiły do licha”.
Chace
nie miał szansy na odpowiedź, co było dobre, ponieważ nie zamierzał odpowiadać.
Było tak przede wszystkim dlatego, że jeśli on i Faye mieliby chłopców, nie
obchodziłoby go, czy mówiliby do licha, ale jeśli mieliby dziewczynki, nigdy w
życiu. Z tej rozmowy wiedział, że połowa zasiadających wokół tego stołu, w
wieku uprawniającym do legalnego picia, nie przyjęłaby tego zbyt dobrze.
Ale
nie miał okazji odpowiedzieć, ponieważ oczy Sondry skierowały się na Faye i
doszła do wniosku - „Lub choroba”.
„Lubię
choroba!” - Robbie podzielił się w tym momencie, niestety dla swojej ciotki,
kontynuował - „To jest świetne!”
„Chorobcia”
- wyszeptała Faye, a Chace włożył trochę wysiłku, by nie robić tego, na co miał
przemożne pragnienie, czyli wybuchnąć śmiechem nie tylko z szeptu Faye i
komentarza Robbie’go, ale także z tego, że Liza i Sondra odwracały w jej stronę rozwścieczone oczy.
Boyd
czuł to, co czuł Chace, a Chace wiedział o tym, ponieważ nie powstrzymał się od
śmiechu. Po prostu z nim ryknął.
Silas
uśmiechnął się do wnuka.
Liza
i Sondra otworzyły usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy zadzwonił telefon
Chace’a i wszystkie oczy przy stole zwróciły się do niego.
„Jestem
pod telefonem, muszę to odebrać” - mruknął, wyciągając go z tylnej kieszeni - „Przepraszam.
Odbiorę w drugim pokoju”.
Zobaczył
kilka wyrozumiałych kiwnięć głową, zanim wstał z krzesła i spojrzał na
wyświetlacz swojego telefonu.
Ukrył
swoje zmieszanie z powodu tego, co przeczytał, gdy nacisnął przycisk, aby
odebrać połączenie.
Potem
szedł szybkimi, długimi krokami wokół stołu w kierunku kuchni i przyłożył
telefon do ucha, mówiąc - „Keaton”.
„Człowieku,
cholera, kurwa, stary” - powiedział mu do ucha Deck, a brzuch Chace’a zacisnął
się, gdy szedł szybciej, by dostać się do salonu.
„Co?”
- zażądał nisko.
Zawahał
się wtedy - „Kurwa, człowieku”.
„Deck”
- uciął cicho i zatrzymał się w salonie.
„Daj
mi to. Co?”
„Znalazłem
twoje dziecko” - powiedział Deck, ale jego ton nie był dobry, a zaciśnięte
wnętrzności Chace’a skręciły się.
„Mów”
- rozkazał.
„Rozmawiałem
ze starym facetem w zaułku”.
„Banita
Al?” - zapytał Chace.
„Tak,
jeśli to ten stary facet, co mieszka w alejce za kawiarnią. Rozmawiałem z nim
wcześniej. Mężczyzna był narąbany. Rozmawiałem z nim dziś wieczorem, był tylko
trochę i brzmiał z sensem. Widział dzieciaka. Poszedłem za nim od razu. Powiedział
mi, gdzie iść. Jest powód, dla którego nie mogłem go złapać, bo to za utartym
szlakiem nie ma traktu. Znalazłem go w szopie, we wschodniej części miasta, na
wzgórzach, daleko stąd. Wygląda na to, że szopa ma jakieś dwieście lat. Długo
zapomniana. Zdecydowanie nie naprawiana. Zapewnia pewną ochronę przed warunkami
atmosferycznymi, ale to wszystko. Ma dach, dziury, śnieg w środku, ale zawsze
coś.”
„Przejdź
do rzeczy, Deck” - warknął Chace.
„Jest
też powód, dla którego nie przyszedł do ciebie i twojej kobiety” - powiedział
cicho Deck.
„Powiedz
to.”
„Dzieciakowi
wpieprzyli, bracie. Twarz popierdolona, ramię popieprzone, spojrzałem na to,
złamane, a noga wygląda, jakby została złapana w pułapkę. Widziałem ślad krwi
na śniegu. Doczołgał się do tej szopy z miejsca, gdzie został pobity. Musiał
się dźwigać na rękach, co oznacza, że też są popieprzone, wciąż ma na sobie
rękawiczki, zmasakrowane, bracie, wysuszony, krwawy bałagan. Ale przez tydzień
był sam w tej szopie, ranny bez lekarstw…”
Wziął
słyszalny wdech - „Złapałem puls, słaby, ale był. Wezwałem karetkę. Miał
szczęście, że miał ten śpiwór, inaczej by go nie było, hipotermia na szczycie
traumy i może szoku. Poza tym miał wpieprzone. Ciągnął gówno blisko siebie,
żeby coś zjeść, zdobyć wodę, ale podejrzewam, że zrezygnował z tego kilka dni
temu. Nie jedząc, nie pijąc, nogi, ręce, ręce i twarz są popieprzone, był
nieprzytomny, Chace. Nie mogłem go obudzić, więc może nawet w śpiączce.
Zabierają go teraz do szpitala. Jestem w moim pickupie, podążam za nimi. Szpital
hrabstwa.”
„Faye
i ja będziemy tam za dwadzieścia minut” - powiedział mu natychmiast Chace.
„Racja”
- odparł Deck.
„Zrób
mi kolejną przysługę. Zadzwoń na posterunek. Zaprowadź kogoś do tej szopy.
Podążaj tym śladem krwi. Chcę wiedzieć, skąd szedł, jak został złapany w tę
pułapkę. Chcę, żeby poszli w jego widoczne ślady. Nie mieliśmy śniegu od
zeszłego tygodnia. Pokażą, dokąd poszedł i skąd nadchodził. Jak zaprowadzi do
czegokolwiek interesującego, niech nie zbliżają się. Oni mi powiedzą. Kiedy
wsadzę Faye do mojego SUV’a, zadzwonię do siebie, aby potwierdzić twoją
komunikację. Ale chcę, żeby ruszyli teraz”.
„Racja”
- powtórzył Deck.
Chace
zaczął wracać do jadalni, mrucząc - „Dzięki, Deck”.
„Nie,
dziękuj, bracie. Powinienem wrócić do tego bezdomnego kilka dni temu”.
Chace
zatrzymał się w kuchni i powiedział stanowczo - „Nie wróciłeś. Ale znalazłeś
go. Teraz otrzyma pomoc”.
Deck
milczał przez chwilę - „Tak”.
„Do
zobaczenia za dwadzieścia” - stwierdził Chace.
„Później,
bracie” - mruknął Deck.
„Później”
- odparł Chace i rozłączył się.
Wciągnął
powietrze.
Następnie
podszedł do szerokiego otworu, który prowadził do jadalni i wszystkie oczy
skierowały się na niego.
Patrzył
tylko na Faye.
„Faye,
mała, muszę z tobą chwilę porozmawiać” - zawołał delikatnie.
Ona
też miała oczy tylko na niego, a jej oczy były szeroko otwarte i przestraszone.
Patrzył,
jak jej twarz blednie, a jej usta układają ciche słowo - „Malachi”.
Ale
to Silas przemówił głośno.
„Wszystko
w porządku, synu?”
Chace
oderwał wzrok od Faye i spojrzał na jej ojca.
„Nie”
Na
jego słowo Faye odsunęła krzesło i okrążyła stół.
Kiedy
się zbliżyła, złapał ją za rękę i przeniósł się z nią do salonu.
Słyszał
pomruki z drugiego pokoju, ale był skupiony.
Kiedy
zatrzymali się w salonie, byli z nimi Silas, Boyd i Sondra.
Zignorował
to i przysunął się do Faye. Podniósł rękę, żeby zsunąć włosy z jej ramienia, po
czym owinął ją wokół jej szyi i przysunął twarz do siebie.
„Deck
znalazł Malachi’ego. Został ranny. Nie jest dobrze. Zabierają go teraz do szpitala
hrabstwa, więc musimy jechać, mała”.
„Pójdę
po nasze kurtki” - odpowiedziała natychmiast, oderwała się od niego i pobiegła
na schody.
„Pojadę
z wami” - oznajmił Silas.
Chace
spojrzał na mężczyznę - „To nie jest…”
„Pojadę
z wami” - powtórzył Silas, przez chwilę trzymając wzrok Chace’a, po czym
zwrócił się do swojej żony.
Zanim
zdążył się odezwać, dała mu to, czego potrzebowali on, ich córki i wnuk.
„Jarot
dostanie swój tort, wtedy tam będę” - szepnęła.
Silas
skinął głową i poszedł za córką.
„Potrzebujesz
czegoś, człowieku?” - zapytał Boyd, a Chace pokręcił głową.
„Zadzwonimy,
jakbyśmy…” - mruknął.
Boyd
skinął głową.
Liza
pokazała się w wejściu do pokoju - „Wszystko w porządku?”
Boyd
podszedł do niej, mrucząc - „Później, mała, wróćmy do naszych chłopców”.
Chace
patrzył, jak Liza patrzy badawczo na męża, ale nie mrugnęła i wyszła za nim z salonu
przez kuchnię do jadalni. Boyd objął ramieniem żonę, a Liza odwzajemniła się,
owijając go swoją w pasie. Sondra podeszła do Chace’a, podniosła rękę, owinęła
ją wokół jego bicepsa i ścisnęła, zaglądając mu w oczy, z uchem przyciśniętym
do ramienia, w oczach ciepłych i zmartwionych.
Faye
wbiegła do pokoju zarówno niosąc płaszcz, jak i wyrywając swoje włosy z
kołnierza.
Zatrzymała
się kołysząc, podała mu jego kurtkę i szepnęła - „Chodźmy Słonko”.
Skinął
głową, wziął kurtkę, odwrócił się do Sondry i powiedział cicho - „Kolacja była
świetna, przepraszam, że ją skróciłem”.
Jeszcze
raz ścisnęła jego biceps, zanim go puściła, i wyszeptała - „Jedźcie
bezpiecznie. Zadzwońcie do nas, jeśli pojawią się wiadomości. Do zobaczenia za
chwilę”.
Znowu
skinął głową, wzruszył ramionami w kurtce, podczas gdy Faye uściskała matkę.
Potem
wziął ją za rękę, poprowadził do schodów i mocno trzymał ją za rękę, kiedy
wydawało się, że próbuje walczyć ze sprintem do samochodu.
Wsiedli,
wyjechali na drogę, a Wrangler Silasa Goodknight’a podążał za nimi i jego
światła cały czas były widoczne w jego lusterku wstecznym.
„Wszystko
będzie w porządku” - wyszeptał.
„Okej,
Chase”
„Będzie
z nim dobrze”
„Okej,
Słonko”
Ścisnął
palcami jej palce.
Jej
ścisnęły jego w odpowiedzi.
Wtedy
puścił ją i wyciągnął swój telefon.
Po
wydaniu poleceń dyżurnemu na komisariacie, Chase przekroczył ograniczenie
prędkości w drodze do szpitala.
[1] Quinceañera
- tradycyjna huczna uroczystość odbywająca się z okazji piętnastych urodzin
dziewczyny, obchodzona wśród Latynosów, symbolizująca jej wejście w dorosłość.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńJezu😭 dzięki ❤️
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję, co za potwór pobił tak dziecko
OdpowiedzUsuńDzięki
OdpowiedzUsuńO matko boska
OdpowiedzUsuńDziękuję 💙
OdpowiedzUsuń