Rozdział
1
Nigdy
nie będzie jego
„Mów
do mnie.”
Chace
Keaton szeptał do nikogo, siedząc samotnie bardzo wczesnym rankiem w lutowym
chłodzie w Harker Wood.
Miejsce,
w którym zastrzelono jego żonę.
Las
Harkera był niezwykłą połacią drzew w Górach Kolorado. Niezwykłą, bo nie były
to tylko drzewa iglaste i osika. Z jakiegoś powodu, który prawdopodobnie był
podobny do powodów, dla których Stary Harker robił te wszystkie szalone rzeczy,
które robił, oczyścił tę przestrzeń siedemdziesiąt lat temu i zasadził setki sadzonek
dwudziestu różnych odmian drzew. Drzewa, które nie powinny zakorzenić się w
Górach Kolorado. Drzewa, które jakimś cudem nie tylko zapuściły korzenie, ale
urosły wysokie i pozostały silne.
Była
późna noc. Śnieg był gęsty i głęboki. Było bardzo zimno. Było kilka chmur, ale
księżyc w pełni świecił jasno przez drzewa, posrebrzając je.
Chace
nie widział drzew ani księżyca. Nie czuł zimna sączącego się przez dżinsy na jego
tyłku, który spoczywał na pokrytej śniegiem kłodzie.
Nic
nie widział.
Nic
nie słyszał.
Czekał,
aż las przemówi.
Nie
mówił.
Był
tam niezliczoną ilość razy, odkąd Misty została tam zastrzelona. Jej śmierć
celowo nie została zbadana przez ścisły, szczegółowy protokół policyjny.
Nie
przez Departament Policji Carnal.
Nie
wtedy.
Nie
wtedy, gdy było zainfekowane.
Teraz
nie było już zainfekowane.
Ale
to nie znaczyło, że Chace nie pojawił się tam sam, bez ogona i nie wszczął
własnego szczegółowego zbadania okolicy.
Nic
nie znalazł.
A
las nigdy z nim nie rozmawiał. Nie wtedy. Nie teraz.
Krew
Misty już dawno została zmyta lub zmieszała się z ziemią. Teraz ta ziemia była
pokryta śniegiem.
Ale
Chace widział w myślach ślady stóp.
I,
Chryste, odciski kolan.
Dwa
zestawy. Mężczyzny, kobiety. Oboje szli dobrze utrzymaną ścieżką do lasu. Tylko
mężczyzna wrócił.
Misty
miała na sobie szpilki. Zawsze nosiła szpilki.
Chace
lubił kobiety w szpilkach. Prawdę mówiąc, te, które nosiła jego żona,
sprawiały, że wyglądała jak dziwka.
Kilka
razy zauważył na śladach stóp, że chwiały się, jakby oznaczały jej wymuszony
chód, po tym, jak została mocno pobita, prawdopodobnie prowadzona na muszce,
zdecydowanie wystraszona, miejsca gdzie się potknęła. Innym razem, kiedy
upadła.
Ale
zabił ją na kolanach.
Chace
zamknął oczy.
Niewiele
osób wiedziało, że znaleźli spermę na jej brodzie i w żołądku. Wiedział, bo był
policjantem w tym mieście i jej mężem.
I
wiedział, że zanim została zastrzelona, została zmuszona do uklęknięcia, aby
zrobić loda swojemu zabójcy.
Żółć
podpłynęła mu do gardła, a w ciągu miesięcy, odkąd jego żona została pobita,
zgwałcona i zamordowana, również to zdarzyło się niezliczoną ilość razy.
Pocałuj mnie, Chace.
Jej
głos dotarł do niego we wspomnieniu, brutalizując jego mózg, tak jak to robił
każdego dnia, tyle pieprzonych razy dziennie, że nie mógł zliczyć.
Jej
ostatnie słowa do niego.
Błagała.
Pocałuj mnie, Chace.
Nie
pocałował jej. Byli małżeństwem od lat i poza pocałunkiem, który musiał jej dać
na weselu, nie pocałował jej ani razu.
Nigdy.
Zamiast
tego poczuł, jak jego usta się zwijają w obrzydzeniu, coś, czego nie ukrywał
przed nią i odszedł.
Kiedy
przełykał żółć, jego oczy otworzyły się, gdy usłyszał, że ktoś się zbliża.
Potem
usłyszał potknięcie i kobiecy syk dziwnego słowa „chorobcia”.
Wstał
cicho, natychmiast zaalarmowany, a jego spojrzenie przeniosło się na ścieżkę,
skąd dochodził dźwięk. Jego ręka powędrowała do pistoletu w kaburze przypiętej
z boku paska. To była jego służbowa broń. Nie był na służbie, ale zawsze ją
nosił. Jego górskie miasteczko Carnal w Kolorado mogło niedawno wyłonić się
spod władzy małego tyrana, ale to nie znaczyło, że było bezpieczne.
Zamrugał,
kiedy pojawiła się w polu widzenia, ze spuszczoną głową, czubkami włosów
pokrytymi dzianinową czapką w kolorze, którego nie mógł rozpoznać w świetle
księżyca. Wzrok mała utkwiony w nogach, gdy przedzierała się przez śnieg, by
dostać się na polanę.
Jakby
wyczuwając go, podniosła głowę, a kiedy go zobaczyła, zatrzymała się tak nagle,
że jej ciało zakołysało się.
Chace
wpatrywał się w nią.
Znał
ją.
Jezu
pieprzony Chryste. Co do cholery?
Nie
powiedział ani słowa. To była pieprzona druga nad ranem w mroźnym środku
pustkowia, które akurat było sceną paskudnego, krwawego morderstwa. I była tam.
Nie wiedział, co powiedzieć, bo nie wiedział, czy ma być wkurzony, czy naprawdę
cholernie wkurzony. Nie powiedziała ani jednego słowa. Z drugiej strony była
znana z tego, że była cicha i to nie tylko dlatego, że stanowiło to ryzyko
zawodowe, ponieważ była bibliotekarką w mieście.
O
dziwo to ona przełamała ich gapienie się, ale zrobiła to mamrocząc - „Uch…”
Na
ten dźwięk Chace postanowił być naprawdę cholernie wkurzony.
„Co
do cholery?” - zapytał.
„Um…
uh, detektyw Keaton” - odpowiedziała, po czym nie powiedziała ani słowa, ale
jej oczy były utkwione w nim. Jej długie, gładkie włosy wypływające spod czapki
były cieniem na tle jej puszystej, bufiastej kamizelki i szalika owiniętego
wokół szyi. Jej twarz była blada w świetle księżyca.
I,
pieprzyć go, lubił jej głos. Słyszał go już wcześniej, niezbyt często, ale
słyszał. I innym razem też mu się podobał.
Cichy,
melodyjny, jak pieprzona piosenka.
Tak,
lubił to. Cholernie bardzo.
Po
prostu nie w tym momencie, nawet jeśli po raz pierwszy wypowiedziała jego nazwisko.
To, co wolałby, żeby powiedziała, było jego imieniem i chciałby usłyszeć, jak
mówi to, leżąc na plecach, z jej krągłym ciałem pod nim, a jego kutasem w niej,
kiedy właśnie zmusiłby ją do dojścia.
Coś,
czego nigdy nie będzie miał.
To
mu przypomniało, że był naprawdę cholernie wkurzony.
Więc
powtórzył - „Co do cholery?”
„Ja…
eee…”
„Wypluj
to, panno Goodknight. Co ty do cholery robi pani w Harker Wood na miejscu
morderstwa o drugiej nad ranem?”
„Cóż,
hmmm…” - przechyliła głowę na bok, a jej oczy pozostały na nim - „Co pan tutaj robi?"
„Moja
żona została tutaj zamordowana” - odpowiedział natychmiast, zwięźle, z wyraźnym
gniewem i natychmiast tego pożałował.
To
dlatego, że patrzył, jak jej twarz się wykrzywia, gdy cofnęła się o krok.
Zajęło
jej chwilę, aby to opanować, ale to zrobiła. Wyprostowała plecy i szepnęła -
„Przykro mi” - patrzył, jak przełyka - „Tak mi przykro z powodu Misty,
detektywie Keaton.”
„Nikt
nie żałuje Misty” - odpowiedział.
Z
jakiegoś powodu nie był w stanie powstrzymać się od bycia dupkiem i patrzył,
jak marszczy nos, kolejny raz się wykrzywia. Tym razem słodko.
Naprawdę
słodko.
Pieprzyć
go.
Ale
miał rację. Nikt w mieście nie żałował, że jego żona nie żyje. Nawet, jeśli by
się głęboko zastanowił, on. Nie chciałby tego dla niej, nie tego. Nawet jeśli
po prostu by ją podziurawili, zamiast pobić ją i poniżyć, zanim to zrobili.
To
nie znaczyło, że nie chciał, żeby zniknęła z jego życia. Wyniosła się do innego
stanu. Kurwa, do innego jebanego kraju.
Chciał
tego.
Nawet
się o to modlił, tak bardzo tego pragnął.
A
teraz była bardzo, bardzo poza jego życiem.
„To
nieprawda.” - jej wyszeptane słowa dotarły do niego i ponownie skupił się na
niej - „To znaczy, wie pan, nie była… Uhm… Miss Popularności, ale co jej
zrobiono…”
Chace
przerwał jej - „Przejdźmy do tego, dlaczego pani tu jest, panno Goodknight.”
Zobaczył,
jak jej ocienione księżycem zęby przygryzają jej dolną wargę i rozejrzała się
wokół. Od jakiegoś czasu był gliną. Z tego powodu wiedział, że ona kupuje sobie
czas na wymyślenie wiarygodnego kłamstwa.
Zapytał
więc niecierpliwie - „Panno Goodknight.”
Spojrzała
na niego i powiedziała swoim cichym, zachęcającym głosem - „Faye.”
„Co?”
Usłyszał,
jak odchrząknęła i powiedziała, tym razem głośniej - „Faye. Mam na imię Faye.”
„Wiem
o tym” - poinformował ją tonem nie mniej krótkim, a może nawet bardziej.
„Cóż,
możesz… no wiesz, nazywać mnie tak” - zaprosiła.
„Świetnie”
- uciął - „Teraz zechcesz odpowiedzieć na moje pytanie?”
„Nie,
właściwie, uh… nie bardzo.” - odpowiedziała, a Chace zagapił się.
Zrobił
to, ponieważ był zaskoczony.
Była
ładna, kurwa, niewiarygodnie ładna. Gęste, proste, długie, ciemnokasztanowe
włosy z naturalnymi czerwonymi refleksami. Włosy, które lśniły tak mocno, że aż
błyszczały. Ciało, którego nie podkreślała dla żadnego obszaru wyobraźni, ale
to nie znaczyło, że mężczyzna nie widział, że ma krzywe we wszystkich
właściwych miejscach, a były one atrakcyjnie obfite. Nie była wysoka, nie była
niska. Wystarczająco wysoka, że mogła nosić obcasy, a on nadal musiałby zginać
szyję, żeby wziąć jej usta. I miała ładne usta z pełnymi wargami, które były
tak różowe, że wyglądały, jakby smakowały jak guma do żucia. Miała również
wysokie, zaokrąglone, niezwykłe kości policzkowe, które świadczyły o tym, co
wszyscy w mieście wiedzieli, że miała w swoim rodowodzie krew rdzennych
Amerykanów.
I
jej oczy. Jasnoniebieskie. Absolutnie. Nie szaro-niebieskie. Niebieskie. Nigdy nie widział błękitu
tak doskonałego, tak czystego, tak pięknego i na pewno nie w kolorze czyichś
oczu.
Ale
była cicha. Była nieśmiała. To nie było tak, że była pustelnikiem lub
niewidzialna. Chodziła do pracy. Jadła lunch w barze. Po kawę szła do La-La
Land, chodziła do sklepu spożywczego, na pocztę, do lokalu włoskiego. Miała
przyjaciół. Miała wielką rodzinę i była z nimi blisko.
Ale
wszyscy wiedzieli, że żyje w książkach. Nie umawiała się na randki. Nie chodziła
do baru Bubba’s i nie podrywała. Chace widział ją w La-La Land pijącą kawę i
jedzącą jedno z ciastek Shamblesa, z nosem w książce lub ręką owiniętą wokół
jednego z tych e-czytników. Chace widział ją w barze, w tej samej pozie.
Chryste, nieraz w ciągu lat spędzonych w tym mieście widywał ją, jak szła nawą
sklepu spożywczego, wychodziła z poczty, z biblioteki z pochyloną głową i
oczami wpatrzonymi w książkę.
Kiedy
złapał ją z jakiegokolwiek powodu, dla którego była w Harker Wood o drugiej nad
ranem, nie spodziewał się, że będzie miała odwagę zrobić cokolwiek poza
odpowiadaniem na jego pytania. Może z wahaniem. Ale to powinna zrobić.
Nigdy
by się nie spodziewał, że odmówi.
„Obawiam
się, że ta odpowiedź jest nie do przyjęcia, panno Goodknight” - poinformował
ją.
„Faye”
- poprawiła cicho.
„Nieważne,
do cholery” - uciął - „Teraz znowu, co tutaj robisz?”
Przez
kilka długich chwil przyglądała mu się, zanim zrobiła pół kroku w jego stronę,
ale zatrzymała się nagle i zapytała cicho - „Często tu przychodzisz?”
„Nie
jestem pewien, czy to twoja sprawa” - odpowiedział.
„Ale
jesteś pewien, że to twoja sprawa, żeby wiedzieć, dlaczego ja tu przyszłam?” - odparła,
nie drażliwa ani ostra, tylko ostrożna.
„To
miejsce zbrodni, panno Goodknight.”
„Faye”
Pochylił
się i warknął krótkie - „Faye” - i znowu żałował, że to zrobił, bo znowu jej
nos się zmarszczył. Kolejne skrzywienie. Słodkiego rodzaju. Schował swoją
reakcję, gdy dowiedział się, że ładna, krągła, prawdopodobnie dziewicza
bibliotekarka, czego kiedyś szukał u kobiety, którą chciał mieć, zanim jego
życie obróciło się w gówno, może być urocza. Potem naciskał - „To jest miejsce
zbrodni.”
„Taśma
jest zdjęta” - przypomniała mu - „Minęły miesiące.”
„To
wciąż miejsce zbrodni.”
Zrobiła
kolejny krok i znowu jej plecy wyprostowały się - „Pan Harker podarował ten las
miastu Carnal dziesięć lat temu, detektywie Keaton. To park. Własność publiczna.
Mam pełne prawo tu być.”
To
było. Znowu odwaga, ale, nawet widząc to wcześniej, wciąż był zaskoczony.
„Rozporządzenie
miejskie stwierdza, że wszystkie parki są zamknięte dla zwiedzających o
godzinie dziesiątej, chyba że są to kempingi” - odpalił Chace i w świetle
księżyca obserwował, jak zaciska usta.
Potem
otworzyła je i szepnęła - „Och.”
I
ta jedna sylaba też była melodyjna i słodka, pieprzyć go.
Ona
kontynuowała - „Nie wiedziałam tego.”
„Teraz
wiesz.”
„Może
powinnam odejść.” - zasugerowała.
„Nie
może, panno Goodknight” - odparł.
„Faye”
- szepnęła, patrząc mu w oczy.
Chace
nie odpowiedział.
Faye
Goodknight nie poszła.
Zamiast
tego zrobiła jeszcze dwa kroki w jego stronę, zanim zatrzymała się zaledwie
trzy kroki dalej.
Kiedy
to zrobiła, zapytała cicho - „Dobrze się czujesz?”
Powinien
był skłamać i powiedzieć tak. A może nie odpowiedzieć i przypomnieć jej, że odchodziła.
Nie
zrobił nic z tego.
„Panno
Goodknight, jest druga w nocy, a ja jestem w zimnie w lesie, w którym
zamordowano moją żonę. Myśli pani, że dobrze się czuję?”
Natychmiast,
wciąż łagodnie odpowiedziała - „Nie”.
Przypomniał
sobie, a potem przypomniał jej - „Odchodziła pani.”
Nie
odeszła. Zrobiła kolejny krok do przodu, przyłożyła ucho do ramienia, ale
wychyliła lekko twarz w jego stronę i spojrzała na niego, badając jego rysy.
To
też było urocze.
Kiedy
sobie z tym radził, doszedł do niego jej łagodny głos - „Kochałeś ją?”
„Znasz
odpowiedź na to pytanie” - odpowiedział natychmiast i wiedziała. Wszyscy to wiedzieli.
Chace Keaton dawał jasno do zrozumienia, co myśli o swojej żonie i to nie tylko
swojej żonie.
Wyprostowała
głowę i poradziła - „Może powinieneś porozmawiać z kimś o… co czujesz.”
„Zgłaszasz
się do tego na ochotnika?” - zapytał Chace, a jego ton był ostry.
Nawet
nie mrugnęła, zanim zaproponowała - „Jeśli chcesz.”
„Bez
urazy, Faye, ale osoba, którą
wybiorę, aby położyć niej to pieprzone gówno, nie będzie kobietą, która
oddycha, je i pracuje, ale żyje w świecie fantasy. Nie możesz, jak widzę,
poradzić sobie bez ucieczki z własnym życiem, które jest dobre. Nie ma mowy, że
poradzisz sobie z gównem, które ja mam w głowie.”
To
była uwaga dupka, ale zadziałała. Jej ramiona opadły lekko i cofnęła się o
krok.
„Po
prostu staram się być miła” - zauważyła oczywistość.
„Miło
by było, gdybyś pociągnęła swój tyłek z powrotem i zostawiła mnie w spokoju.”
Nie
poruszyła się. Przez długie chwile.
Potem
pochyliła się lekko w jego stronę i powiedziała łagodnie - „Nie sądzę, że
powinieneś zostać samotnie. Myślę, że masz do czynienia z czymś ciężkim,
najwyraźniej robisz to sam.” - wyrzuciła zakrytą rękawiczką dłoń, aby wskazać
obszar - „Musisz to rozładować, Chace.”
Chryste.
Kurwa.
Chryste.
Ten
głos, cichy, delikatny, tak cholernie słodki, wypowiadający jego imię, jej oczy
łagodnie patrzące na niego.
Kurwa.
Lepsze,
niż mógł sobie wyobrazić.
Lepsze
niż kiedykolwiek mógł marzyć.
I
nie jego.
Nigdy
nie będzie jego.
Co
oznaczało, że, kiedy w końcu usłyszał, jak mówi jego imię, to była tortura.
„W
porządku…” - zaczął - „Starałem się być miły…”
Jej
głowa szarpnęła się i przerwała mu zaskoczonym tonem i znowu, Chryste, było to
kurewsko słodkie - „Starałeś się?”
„Tak”
- odpalił - „Starałem się i będziesz wiedziała, że tak, kiedy powiem, panno
Goodknight, nie chcę twojej troski. Nie chcę twojej uwagi. Nie chcę twojej obecności.
To, czego chcę, to abyś poszła ze swoim grubym tyłkiem po ścieżce i zostawiła
mnie, kurwa, w spokoju.”
Patrzył,
jak jej ciało sztywnieje, a jej blada twarz w świetle księżyca staje się
jeszcze bledsza.
Trwało
to niecałe pół sekundy, zanim odwróciła się i wybiegła z polany. Zrobiła to tak
szybko, że mógł zobaczyć cień jej długich włosów pływających za nią, nawet po
tym, jak opuściła polanę i ruszyła na ścieżkę.
Oczy
Chace’a Keatona nie opuszczały drogi przez długi czas po jej zniknięciu.
Pocałuj mnie, Chace.
Usłyszał
to w głowie i zamknął oczy.
Musisz to rozładować, Chace.
Wtedy
usłyszał Faye i otworzył oczy.
Właśnie
tego nie potrzebował.
Kolejny
demon.
„Kurwa”
- warknął, jego oczy poruszały się po polanie, nic nie widząc, niczego nie
słysząc.
Nic.
Las
nie mówił.
Kurwa.
Tak
jak robił to noc w noc, Chace Keaton przeszedł przez polanę na ścieżkę i wrócił
do domu.
*****
Dwa dni później…
„Czy
zabiłoby cię przyjście na kolację?”
Chace
patrzył przez ladę, jak Shambles robi kawę. Poczuł, jak mięsień podskakuje mu
na policzku, gdy trzymał telefon przy uchu, myśląc: tak. Zabiłoby go, gdyby
poszedł na kolację do domu matki i ojca.
Albo,
co ważniejsze, doprowadziłoby go to do morderstwa, gdyby musiał oddychać
powietrzem ojca.
„Mamo…”
- powiedział do telefonu - „…jak ci mówiłem, jestem zajęty.”
„Ale
myślałam, że powiedziałeś, że zatrudniają nowych oficerów i sprawy wracają do
normy” - odpowiedziała.
„Tak,
ale nie są normalne. Jest dużo zamieszania. Bardzo dużo. Kiedy czyścili
posterunek, straciliśmy praktycznie wszystkich. Ci nowi oficerowie muszą zostać
przeszkoleni, a po tym, co się wydarzyło i po tym, ile to trwało, mieszkańcy
Carnal nie przystosują się w ciągu kilku miesięcy do policji, której mogą
zaufać. Jak mają problem, nadal dzwonią do siebie wzajemnie, a nie do policji.
Potem, kiedy staje się coraz gorzej, a zwykle się staje, musimy sprzątać
bałagan. Nie ma mowy, żebym mógł być na kolacji w tym tygodniu.”
„Co
z następnym tygodniem?” - nacisnęła, kiedy Shambles wlewał do jego kawy
spienione mleko z małego dzbanka ze stali nierdzewnej.
„A
co powiesz na weekend po następnym, przyjadę do Aspen i zabiorę cię na
kolację?” - zasugerował Chace.
Jej
głos był rozczarowany, kiedy odpowiedziała - „Ale wiesz, że twój ojciec zawsze
jedzie na ten turniej golfowy na Florydzie w trzeci weekend lutego.”
Absolutnie
to wiedział.
Wiedział
też, że jego ojciec nie brał udziału w turnieju golfowym na Florydzie, ale
robił coś innego, co prawdopodobnie wymagałoby sprzętu sportowego, ale jego
użycie nie było czymś, co jego matka mogła ogarnąć.
Niestety,
Chace mógł. Po prostu starał się tego nie robić.
Shambles
odwrócił się, uśmiechając do niego i nakładając białą pokrywkę na jego kawę.
Chace
podniósł podbródek do Shamblesa, ale powiedział do swojego telefonu - „Czy
obecność taty jest wymagana na naszej kolacji?”
„Chace,
nigdy nie widujesz swojego ojca” - odpowiedziała cicho.
„I,
mamo, wiesz, że to celowe” - odpowiedział Chace równie cicho, wyciągając
portfel, otwierając go i wyciągając banknot. Wręczył go Shambles’owi, Shambles
postawił kawę na ladzie i zwrócił się do kasy, podczas gdy Chace mówił dalej -
„A teraz czy jesteśmy umówieni na kolejny weekend?”
Zignorowała
jego pytanie i wyszeptała - „Chciałabym, żebyście naprawili wasze relacje.”
To
nie miało się stać.
Nigdy.
A
to dlatego, że on i jego ojciec nie mieli relacji, które mogłyby zostać naprawione.
Kiedyś to było tylko wyłom, lata temu, kiedy Chace po prostu chciał wyjść z
domu, w którym dorastał i wydostać się spod władzy ojca.
Teraz
to nie było wyłom. Była to przepaść, której był cholernie pewny, że nie
przekroczy, a gdyby jego ojciec spróbował, Chace by go zastrzelił.
„Mamo…”
„Martwię
się o ciebie po odejściu Misty. To znaczy, kto się tobą opiekuje?”
Jego
matka nie wiedziała tego, bo również nie była największą fanką Misty, chociaż
próbowała to ukryć, tak jak Chace próbował ukryć przed matką fakt, że
nienawidził swojej żony, ale Misty nigdy się nim nie zajmowała.
Próbowała
tego przez jakiś czas po tym, jak w końcu zorientowała się, że nie zakocha się
w niej po uszy, ponieważ była świetna w robieniu loda. Stało się tak głównie
dlatego, że nie pozwalał jej się dotykać i nie spał z nią w tym samym łóżku.
Kiedy
zdała sobie sprawę, że jej zwykłe sztuczki nie zdobędą jego serca, poszerzyła
swoje działania. A to poszerzanie przyszło w takiej postaci, że starała się być
dobrą żoną. Była przyzwoitą gospodynią, przyzwoitą kucharką. Wszystko to poszło
w gówno, kiedy w końcu odmówił jedzenia tego, co ugotowała, częściej wychodził
z domu, zanim wstała z łóżka, wracał późno i nigdy nie skomentował jej
troskliwej opieki ani sposobu, w jaki utrzymywała dom. W końcu zaczęła się
denerwować i wszystko spieprzyła.
Był
dla niej surowy i wtedy czuł, że na to zasłużyła. Uwięziła go w małżeństwie po
tym, jak uprawiała chory seks z jego ojcem, robiąc to, jednocześnie konspirując
z brudnym gliną, żeby to nagrał. Potem szantażowała jego tatę i zmusiła Chace’a
do poddania się nie tylko ojcu i jego kumplom, którzy byli pod władzą
miejscowego mężczyzny, ale także ekipie brudnych gliniarzy, którzy byli tak
brudni, że byli zrobieni z samego brudu.
Tak;
myślał, że na to zasłużyła.
Teraz
była martwa; miał to; a to jak umarła i jak traktował ją przez bardzo długie,
bardzo nieszczęśliwe, pięcioletnie małżeństwo, żyło jako demony w jego głowie.
„Mam
trzydzieści pięć lat, mamo. Potrafię o siebie zadbać” - powiedział matce,
przyjmując resztę od Shamblesa i wrzucając dolara do miski na napiwki.
„Ale
martwię się o ciebie.” - wróciła do szeptania, tym razem smutna i zatroskana, a,
ponieważ kochał swoją matkę, to go zabijało.
Wiedział,
że się martwi. Był jedynakiem. Nie mogła mieć więcej dzieci. Miała szczęście,
że miała jego i bardzo to odczuła.
Była
też z natury kapryśna, wrażliwa i nerwowa.
Dlatego
dusiła go, gdy dorastał, przerażona, że samo powietrze go skrzywdzi.
Jej
taktyka wychowywania zderzała się gwałtownie z taktyką męża.
Valerie
Keaton skupiała się na ochronie, miłości i trosce.
Trane
Keaton chciał uczynić swojego syna mężczyzną.
To
nie sprzyjało atmosferze miłości, bezpieczeństwa, wyrozumiałości i wsparcia w
domu.
Dlatego
Chace, jak obiecał sobie, kiedy miał około ośmiu lat, że odejdzie w chwili, gdy
będzie mógł się wydostać, zrobił to. Pracował nad tym ciężko i zrobił to.
I
nigdy nie wrócił.
„Nie
martw się” - zapewnił ją cicho - „Nic mi nie jest. Po prostu jestem zajęty.”
Odłożył
portfel, chwycił drinka i jeszcze raz uniósł podbródek Shamblesa. W zamian
dostał jeden z głupkowatych uśmiechów niezaprzeczalnie utalentowanego, ale
zdecydowanie całkowicie hipisowskiego właściciela kawiarni i kontynuował -
„Chociaż będzie mi lepiej, jak moja mama pozwoli mi się zabrać na kolację w
następny weekend.”
Odwrócił
się do drzwi w chwili, gdy się otworzyły, bo zadzwonił nad nimi dzwonek i, z
oczami skierowanymi na czytnik e-booków, weszła Faye Goodknight.
Kurwa.
Chace
zamarł.
„Dobrze,
Chace, kochanie, chciałabym” - powiedziała mu do ucha matka.
„Dobrze”
- mruknął do telefonu.
Na
dźwięk jego głosu głowa Faye podniosła się, jej oczy trafiły w niego, przestała
się ruszać i dała mu to. Wyraz twarzy, którego nie widział w pełni w świetle
księżyca, ale zdecydowanie widział teraz w świetle dziennym w La-La Land Coffee.
Jej
oczy natychmiast zmieniły się ukazując ból, jej twarz zbladła, jej pełne,
różowe usta rozchyliły się.
A
widok tego bólu wyrytego w jej rysach bolał jak diabli.
Miała
na sobie wełniany płaszcz, którego krój w jakiś sposób opinał go w jej szczuplutkiej
talii, co delikatnie uwidaczniało jej krągłości. Miała kołnierz szalowy wokół
szyi, a kremowy kolor płaszcza podkreślał ciemnokasztanowe włosy.
Jasnoniebieska, dzianinowa czapka została naciągnięta na uszy, a kolor jej włosów
był przy tym znacznie bardziej ponętną cechą, której nie można było przegapić.
Miała na sobie ciemnobrązowe skórzane buty na niskim obcasie, a on wiedział, że
pod płaszczem ma na sobie sukienkę lub spódnicę, ponieważ zwykle tak się nosiła,
ale także dlatego, że jedyne, co widział na jej nogach, aż po rąbek płaszcza,
to były buty.
Jej
makijaż miała, jak zauważył, że był zwykle, subtelny. Miał tylko podkreślić jej
naturalną urodę, a nie ją fałszować.
Jej
zranione, krystalicznie niebieskie oczy były szeroko otwarte.
„Chcesz,
żebym zrobiła rezerwację w Reynaldo’s?” - zapytała jego matka.
„Tak,
mamo…” - odpowiedział - „…byłoby dobrze. Teraz muszę iść.”
Tym
razem dźwięk jego głosu wyrwał Faye z zamrożenia i nie zawahała się odwrócić
się i pospiesznie wyjść.
„Ale,
Chace…” - zaczęła jego matka.
Instynktownie
i zdecydowanie głupio Chace szybko podszedł do drzwi - „Coś właśnie się stało,
mamo. Naprawdę, muszę iść.”
Usłyszał
wtedy, jak jego matka westchnęła - „Dobrze, kochanie. Do zobaczenia w następny
weekend.”
„Weekend
po następnym. Kocham cię, mamo, pa.”
Usłyszał
jej pożegnanie, ale niewyraźnie. Był za drzwiami i szedł szybko chodnikiem za
szybko poruszającą się Faye Goodknight.
I
nie miał pojęcia dlaczego.
Poza
tym, że wciąż czuł ból widząc ból, który jej zadał, wyryty w jej rysach i
musiał coś z tym zrobić.
Zbliżył
się do niej i zawołał - „Panno Goodknight.”
Przyspieszyła
kroku.
Chace
szedł szybciej.
„Panno
Goodknight.”
Zaczęła
prawie biec.
Jej
kroki nie mogły się z równać jego długim, więc Chace z łatwością ją dogonił,
owinął palcami jej biceps i zatrzymał ją, odwracając ją do siebie, jednocześnie
obrócił swoje ciało do niej i powiedział cicho - „Faye.”
Jej
piękne, zranione oczy podniosły się na niego, raniąc go tak pewnie, jakby wbiła
mu nóż w brzuch.
Ale
jej ramiona się wyprostowały. Przywoływała odwagę.
„Dzień
dobry, detektywie Keaton” - przywitała się głosem nie zimnym, ale jak zwykle
cichym, a teraz, w przeciwieństwie do tamtej nocy w Harker Wood, zdecydowanie zdystansowanym.
Trzymał
ją za rękę, mrucząc z roztargnieniem - „Chace”.
Nie
powiedział nic więcej, głównie dlatego, że nie miał pieprzonego pojęcia, co
powiedzieć.
Nic
nie mówiła.
Trwało
to chwilę.
Potem
przemówiła - „Skoro mnie pan zatrzymuje…” - lekko poruszyła ręką, którą
trzymał, prawdopodobnie wskazując, że nadal ją trzymał, a ona tego nie chciała
- „…czy jest coś, w czym mogę panu pomóc?”
„Tak,
właściwie” - odpowiedział - „…chciałbym przeprosić za tamtą noc.”
„Przeprosiny
przyjęte” - stwierdziła natychmiast. Potem, ponownie lekko przesuwając rękę w
jego uścisku, dając jej do zrozumienia, że chce, żeby ją puścił, dokończyła -
„Teraz miłego dnia.”
Nie
pozwolił jej odejść.
Nie
wiedział też, dlaczego to zrobił, po prostu to zrobił. Czyli użył dłoni na jej
ramieniu, by przyciągnąć ją bliżej, aż znaleźli się zaledwie kilka centymetrów
od siebie.
To
sprawiło, że wyglądała tak samo, jak w La-La Land Coffee, ale bez bólu. Jej
śliczne różowe usta rozchyliły się, jej piękne niebieskie oczy rozszerzyły się,
a jej nieskazitelna blada skóra stała się bledsza.
Bez
bólu i tylko centymetry między nimi, ten wygląd był cholernie spektakularny.
Zauważył
też, że nie oddychała.
Dlatego
pochylił głowę w jej stronę i wyszeptał - „Oddychaj, Faye.”
Jej
oddech opuścił ją w miękkim świszczącym wydechu.
To
było urocze, wyraz jej twarzy wciąż wspaniały, efekt ich bliskości był po
prostu gorący.
Jezu.
Co
gorsza, ładnie pachniała.
Nie,
nie ładnie.
Kurewsko
niesamowicie.
Chryste,
chciał ją pocałować. Chciał to zrobić do bólu.
„Czy
jeszcze coś?” - wyszeptała, a on zamrugał i przeniósł oczy, skupione dotąd na
jej ustach, do jej oczu.
„Miałaś
rację” - odszepnął - „Przechodzę przez jakieś gówno.”
„Mogę
sobie wyobrazić” - odparła, odchylając ciało odrobinę, a chłód przemył jej
rysy. Nie, nie chłód.
Znowu
dystans.
„To
nie usprawiedliwia bycia kutasem” - kontynuował.
„To
prawda” - zgodziła się.
„To,
co powiedziałem, nie było miłe i było nie do przyjęcia.”
„Myślę,
że zrozumiałam, że tak się pan czuł, kiedy pan przeprosił, detektywie Keaton.”
Przyciągnął
ją do siebie o kilka centymetrów, o które się odsunęła, w tym samym czasie, gdy
przycisnął swoje ciało bliżej jej, spojrzał w jej niebieskie oczy i szepnął - „Chace.”
Patrzył,
jak przełyka ślinę, chłód opuścił jej rysy, błysk nerwowości i niepewności
przemknął przez jej oczy, ale nie odpowiedziała.
„Naprawdę
chciałbym wiedzieć, Faye, że przyjmujesz moje przeprosiny” - powiedział jej
cicho.
„Już
powiedziałam, że tak” - jej słodki, cichy głos od razu do niego wrócił.
„Racja,
więc chciałbym wiedzieć, że naprawdę tak myślisz.”
Spojrzała
mu w oczy, a on nie tylko wyczuł, ale i zobaczył, jak jej oddech narasta.
Słodka
i gorąca.
Pieprzyć
go.
Pieprzyć
go.
Potem
szepnęła - „Naprawdę tak myślę.”
„Naprawdę
tak myślisz co?” - Chace odparł natychmiast, dążąc po to. Cholera, nawet tego potrzebując.
Jej
głowa lekko drgnęła, gdy mrugnęła, co również było niewiarygodnie urocze.
„Naprawdę
tak myślę, co… co?” - wyszeptała.
Przyciągnął
ją bliżej, używając jej ramienia w tym samym czasie, gdy podniósł drugą rękę z kubkiem
kawy, dotknął jej do pasa i szepnął - „Naprawdę tak myślę, Chace.”
Chryste,
Chryste, patrzył, jak czubek jej
różowego języka przesuwa się, by zwilżyć całą dolną wargę. Nawet jej małe,
białe zęby zatopiły się w tej wardze, a to było poza schematami słodkie i tak
cholernie gorące, że poczuł to w swoim kutasie.
Puściła
wargę i wyszeptała - „Naprawdę tak myślę, Chace.”
Czuł
to też w swoim kutasie.
Jezu,
co on do cholery robił?
Nagle
puścił ją i odsunął się. Natychmiast tego pożałował, ponieważ nie była na to
gotowa i wyraźnie chwiała się bez jego uścisku, bez jego ciała blisko.
Ustabilizowała się, ale on nie lubił patrzeć, jak balansuje. Jednak podobała mu
się wiedza, że była w nim tak samo pochłonięta, jak on był nią.
To
nie znaczyło, że nie powinien tego skończyć. Powinien.
Więc
to zrobił.
„Dziękuję,
Faye” - powiedział bardziej formalnym tonem. Nie zimnym. Jak ona, odległym.
Mrugnęła.
Potem
nabrała powietrza.
Potem
powiedziała dziwnie - „Lexie.”
„Co?”
- zapytał.
„Lexie”
- powtórzyła, pochyliła się niemal w momencie, w którym odchyliła się do tyłu,
a potem znów wyprostowała ramiona i powiedziała stanowczym tonem - „Założę się,
że Lexie Walker byłaby dobrym słuchaczem i wiem, że cię lubi. Widziałam was,
jak jedliście razem lunch w barze i rozśmieszałeś ją. Każdy rozśmiesza Lexie.
Jest śmieszką. Ale ty również. Powinieneś z nią porozmawiać. Ona by pomogła.”
I
bez słowa odwróciła się i szybko ruszyła chodnikiem.
Wszystko
w Chace Keatonie, skłaniało go do pójścia za nią.
Zaprosić
ją na kolację. Aby ją poznać. Znaleźć odpowiedni czas, by posmakować jej ust.
Aby znaleźć odpowiedni czas na smakowanie jej ciała. Poświęć czas na nauczenie
jej, jak sprawiać mu przyjemność. Złożyć na nią swoje brzemię.
Wszystko,
co Chace Keaton robił, widział i słyszał przez prawie dekadę, powstrzymywało go
przed tym.
Odwrócił
się więc w przeciwnym kierunku i podszedł do swojego pickupa.
Dziękuję 😘😘😘
OdpowiedzUsuńDziękuję ❤️❤️😘
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
OdpowiedzUsuńNo to będzie się działo jak oboje odpuszczą bo widać że coś się między nimi dzieje i ich do siebie ciągnie.
CZekam na kolejny rozdział.
Super że jest tłumaczenie, dziękuję. Ciekawa jestem czy ta Faye to ta sama której pomagała Ally.
OdpowiedzUsuńWłaśnie czytam Ally i to jest ta sama Faye, więc będzie Rockowa Laska 😝
UsuńTak: Ally, Darius i Brody. Będzie też Ren a nawiązanie do Hotelu Carnal było w "Rewolucji".
UsuńSzczerze mówiąc nie pamiętałam, dzięki za przypomnienie!
Dziękuję💙
OdpowiedzUsuńBardzo Ci dziękuję:)) Uwielbiam wszystko od pani Ashley, a Ty pozwalasz mi ucztować w jej książkach:)
OdpowiedzUsuń